Doris
26/02 Wyścig z czasem

Po przyspieszeniu daty naszego urlopu, ekspresowym zaplanowaniu podróży do San Lorenzo (czyli placówki salezjańskiej w dorzeczu Amazonii), zarezerwowaniu biletów, przeczytaniu jednej stronki z artykułem pod tytułem “co zabrać ze sobą do dżungli” i pakowaniu się dzień przed wyjazdem o 1 w nocy, nadszedł TEN DZIEN, czyli niedziela 26 lutego.
Pakujemy plecaki do busa i jedziemy na dworzec Transportes Chiclayo. Tam okazuje sie, ze nie ma juz biletow na nasz autobus i musimy jechac 45 minut pozniej, co oznaczalo, ze limit czasu na przesiadkę do kolejnego autobusu zmniejsza sie do minimum. Mając już wizje nocowania w Chiclayo i stracenia 90 soli za zarezerwowany wcześniej bilet, dojeżdżamy jeszcze z 10-minutowym opóźnieniem. Szybkie rozeznanie i dostajemy się w tempie ekspresowym na dworzec Movil Tour, czyli przewoźnika, który ma nas zawieść do Tarapoto. Odbieramy bilety dokladnie przepisowe pół godziny przed odjazdem autobusu. Okazuje się, ze i tak musimy jeszcze poczekać ponad godzinę, bo autobus jedzie z Limy i jeszcze nie dotarł. Ale nam już jest wszystko jedno. Ważne, ze zdążyłyśmy. Pierwszy wyścig z czasem mamy za sobą.


27/02 Lawina błotna, czyli nie lubię poniedziałku

Poranek w autobusie do Tarapoto. Gdzieś w górach. Stoimy i czekamy. Moje nieobudzone jeszcze komórki w mózgu nie pozwalają mi odpowiedzieć na pytanie na co właściwe czekamy. Ale spływająca z góry woda przecięła nam drogę i nie da się przejechać. Wygląda to tak, jakby niewielka rzeka znalazła sobie ujście w zupełnie niewłaściwym miejscu, bo przez środek drogi. Dziewczynka siedząca obok spogląda przez okno i krzyczy: “Mami, mami, mucha aqua, mucha aqua, no se puede pasar” (Mamo, mamo, dużo wody, dużo wody, nie da się przejechać). Widoki rekompensują czas stracony na bezczynne czekanie. Obrośnięte grubym zielonym płaszczem góry, szerokie piaskowe skarpy porozcinane wzdłuż przez erozje, drzewa w rożnych odcieniach zieleni, mające tyle liści, ze trudno dostrzec gałęzie. Deszczowe krople stukają o dach autobusu, a nad górami unoszą się gęste chmury porannej mgły. Można by tak patrzeć i patrzeć. Wpatrywać się i wyszukiwać nowe szczegóły. Problem w tym, ze możemy tak stać i dwa dni, a dwie gringi, przyzwyczajone do posiłków w autobusach, wzięły ze sobą 2 paczki ciastek i 4 paczki chipsów. Śniadania jak nie było tak nie ma, a my stoimy dalej.

***
Przed nami zjechała z góry ciężarówka. To już jakaś nadzieja, Nasz odważny kierowca, zapewne znudzony bezczynnością, poszedł w jej ślady. Wyminął stojący przed nami samochód i ruszył pod gorę zanurzając kola w brązowej, płynącej wartkim strumieniem po jednej stronie ulicy, wodzie. Odetchnęliśmy z ulga. Jedziemy dalej.
Ale nasz spokój nie trwał długo. Za dwoma zakrętami kolejna przeszkoda – spływające z góry grząskie błoto o kolorze kawy z mlekiem. Po kilku bliżej nieokreślonych manewrach i zaparkowaniu w bezpiecznym miejscu, stoimy dalej. Żółta spycharka próbuje opanować sytuacje i oczyścić drogę z lawiny błotnej. A my, wpatrzeni w deszcz czekamy. Stoimy i czekamy.
***
Nasz autobus dojechał do Tarapoto z 10-godzinnym opóźnieniem. Około 6 godzin spędziłyśmy wpatrując się w ciężarówkę wywożąca wylewające się gorą błoto. Jeździła z góry na dol, a dwa spychacze – duży i w wersji mini, dostarczały jej co chwila nowego materiał błotnego. W miedzy czasie zajmowałyśmy się zdobywaniem jedzenia dowożonego przez panią z sąsiedniej wioski. Najpierw udało nam się kupić Inkę Cole(peruwiańską wersja coca-coli o kolorze żółtej oranżady) i waniliowe markizy. Później zdobyłyśmy nawet krakersy, wodę, trzydniowe bułki i jajka na twardo. Ponieważ nie byliśmy jedynym autobusem, który utkwił na górskim zakręcie, pani z jajkami zrobiła tego dnia niezły interes.


28/02 Toyotą do raju

Poranek w hostelu. Otwieram oczy i mam nad głową wiatrak wielkością przypominający prawie skrzydło od helikoptera. W ekspresowym tempie  szykujemy się do wyjścia, bo czeka już na nas nasz przewodnik i tymczasowy opiekun, czyli nie kto inny jak ksiądz Józek Kamza. Dla nieuświadomionych - to on jest sprawca tego całego zamieszania z wyprawa do dżungli. Po drodze zahaczamy jeszcze o całkiem europejska kawiarnie (kolejna doba bez kofeiny to byłaby już przesada).
Na wylotówce z Tarapoto wynajmujemy samochód z kierowca. Czerwona Toyota wiezie nas najpierw po asfalcie. Tam mijamy mini jeepy z odkrytymi przyczepami. Jadą wyładowane po brzegi bananami, kobietami i dziećmi podróżującymi na stojąco. Za miastem już tylko szeroka piaszczysta droga o intensywnym rdzawym odcieniu. Pokonujemy górskie serpentyny w tumanach kurzu. Jesteśmy na terenie  selva seca, czyli tzw. dżungli wysokiej. To tak jakby roślinność typowa dla dżungli przenieść w góry. Naokoło sama zieleń z calą paletą swoich odcieni. Niezliczone gatunki drzew liściastych przemieszane z niskimi palmami o szerokich i rozłożystych liściach zdominowały krajobraz. Tylko ogromne ściany urwisk nie bija w oczy swoja zielenią. Są łaciate - o kolorze popiołu i zwietrzałego piasku, albo jednolite - lososiowo-brazowe i brunatne.
Razem z samochodem wsiadamy na prom o owalnej platformie. To nasz pierwsza przeprawa przez jedno z dorzeczy Amazonii. Tym razem będzie to Paucaryacu. 

Dojeżdżamy do miejsca o nazwie brzmiącej nieco z europejska - Laguna Azul. Nic jednak z Europa wspolnego nie ma. Jest to wioska nad jeziorem Sauce, którego wody maja srebrzysto-niebieski odcień, gdy patrzy się na nie z góry. Naprawdę jezioro jest brudno-zielone, jak większość wód słodkich w Peru. Z błękitnymi wodami czy bez, miejsce to rzuca uroki jak niegdyś indiańscy szamani.
Przy brzegu rezerwujemy łódkę. Młody chłopak w spodniach od garnituru i białym T-shircie robi za naszego sternika i przewodnika. Opowiada o podwodnych jaskiniach, o wulkanie, który raz do roku wybucha pod wodami Lago Sauce. O ryzykantach skaczących z podwieszanego pomostu prosto do wody, która ma w tym miejscu 58 metrów. O syrenie, która według legendy siada na "skalnym krześle" wynurzając się na powierzchnie.
 
Wokół widoki, które wcześniej mogłam oglądać tylko z "Tarzanem" w roli głównej. Wioska Locemayo z domkami o dachach z brazowo-szarej strzechy. Drzewa o grubych szarych pniach i korzeniach zanurzonych w wodzie, tak jakby z niej wyrastały. Wiszące liany - przeważnie cienkie, o żółtawym zabarwieniu. I to uczucie, kiedy płyniesz drewniana lodka z daszkiem z plandeki, słyszysz warkot silnika, czujesz na sobie krople odtryskującej wody i zastanawiasz się, jak to możliwe, ze tutaj jesteś...


Ahuahiyacu otwórz się

Jeśli zdejmujesz buty i stąpasz gołymi stopami po ziemi, żeby ja naprawdę poczuć, to żeby poczuć jazdę pojazdem silnikowym, powinieneś wsiąść do mototaxi. Mototaxi, w rejonach Tarapoto zwana motokarem to motor połączony z kareta z niebieskiej, żółtej lub czerwonej plandeki. Ma skórzane siedzenie i podnóżek z tworzywa dokładnie takiego, jak schodki w polskich pociągach. Jadąc moto Twoje ciało staje się częścią tej komicznej machiny. Odczuwasz każde drganie silnika, każdą wibracje siedzenia i podłogi, każdą wyboistosc terenu i każdy manewr kierowcy.
Takim właśnie środkiem transportu pokonaliśmy 45 minut w jedna stronę, aby dojechać z Tarapoto nad wodospad Ahuahiyacu. Biorąc pod uwagę fakt, ze tylko na części drogi był asfalt, a moto była dwuosobowa (pasażerów było trzech), sama droga dostarczyła nam niezapomnianych przeżyć. Kilka razy podjeżdżając pod gore wydawało się, jakby nawet kierowca zwątpił w siły swojego pojazdu, ale ostatecznie udało nam się dotrzeć do Paraise Verde.

 Ahuahiyacu... To chyba najpiękniejsza rzecz, jaka do tej pory widziałam. Już sam klimat miejsca sprawia, ze wydaje ci się, ze przeniosłeś się do jakiejś bajki. Pokahontaz na przykład. Podwieszane drewniane mosty kołyszące się jak w parku wspinaczkowym, schody powykładane wielkimi kamieniami. Strumyki wypływające wprost ze skały, woda żłobiąca już i tak wystarczająco gładkie kamienie. Do tego ta zieleń - ciemna, głęboka, mroczna. Tak intensywna, ze niewprawiony malarz musiałby się bardzo postarać, żeby oddać jej niepowtarzalny odcień.
Na samej gorze, jako nagroda za pokonanie kilkunastu metrów w gore, wodospad. Cienki, spadający równym strumieniem z wierzchołka wysokiej górskiej ściany. Wyglądem przypomina utkany z delikatnej tkaniny welon. Długi, ciągnący się po ziemi welon, zaczepiony w ciemnych włosach dumnie stojącej przed ołtarzem panny młodej. Nie można oderwać od niego wzroku. Chcesz dostrzec każdy najmniejszy drobiazg. Każdy szczegół. Zapamiętać te chwile na zawsze.
 
To moment, w którym dociera do Ciebie, jak wiele w życiu dostałeś. Wydaje ci się, jakby razem z ta woda spływająca z góry spadały ci prosto na ręce te wszystkie prezenty, które On dal Ci tak po prostu, bez okazji. Tyle spełnionych marzeń. Nawet takich, o których istnieniu nie wiedziałeś. Czy to nie za dużo jak na jedno ludzkie istnienie? Przyglądasz się wodzie i tak wyraźnie odczuwasz Jego miłość. W tym zawstydzeniu, radości i wzruszeniu, nie pozostaje ci już nic innego, jak tylko dziękować. Tak mocno, aż zabraknie sił.
Doris
Kobiety jak zwykle maja duzo na glowie...

Praca na polu ryzowym

Jezus jest wszedzie (!)

Coca-cola tez...
 
Nowsza wersja Tarzana

Koniec swiata, czyli droga na plaze

Zagubieni

Stary czlowiek i... ocean

Matotaxi, czyli jazda bez trzymanki

Takie tam palmy

A to pewnie Maryla miala na mysli spiewajac "nie dbac o bagaz"
Doris
Zasiadam właśnie do kolejnego posta i znów czuje bombardowanie w mózgu, bo jest tyle rzeczy, którymi chciałabym się z Wami podzielić, tyle sytuacji, które chciałabym opisać, tyle emocji, które chciałabym przelać na ta wirtualna kartkę. Tak sobie myślałam, ze z tym moim blogiem to jest jak z patrzeniem na niebo w nocy. Oglądasz gwiazdy i myślisz sobie, ze dostrzegasz wszystko. A tak naprawdę widzisz tylko malutki fragmencik tej wielkiej granatowej przestrzeni nad Toba. Każdy post to taki kolejny gwiazdozbiór, który chce Wam pokazać, zdając sobie jednocześnie sprawę, ze niemożliwe jest, żebyście zobaczyli cały nieboskłon.

Jedną z rzeczy, która bezsprzecznie wymaga opisania, jest dzień moich urodzin. 6 lutego. Poniedziałek. Już o 6.30 rano moja mentalna siostra zatroszczyła się o to, żebym nie zapomniała, ze mam urodziny, bo jako pierwsza wręczyła mi prezent. Po przeczytaniu życzeń prawie się popłakałam, ale to już było jak siedziałam przed komputerem w domu wspólnoty. Bo tam musiałam się na chwile zobaczyć z pewna ważną osoba, która czekała na mnie na skypie. Po Mszy w mojej intencji, bracia i księża zagrali mi sto lat (oczywiście po hiszpańsku) w akompaniamencie gitary. Ponieważ jeszcze wtedy nie skończyły się Vacaciones Utiles, to do 12-stej miałam dzień jak codzienen, wiec biegałam sobie z listami, podbijałam karnety, chodziłam po klasach przypominając o grzecznym zachowywaniu się. Za to na koniec, przy wyjściu, zostałam wycałowana przez co najmniej setkę dzieci. Przy każdym "Feliz Cumpleaños Profe" musiałam się schylać prawie do ziemi (zdecydowana większość całujących miała 8 lat). Wiele z tych całusów dostała Ania, z racji tego ze do tej pory niektórzy mają problemy z odróżnianiem nas.
Na spotkaniu z nauczycielami czekały na mnie kolejne urodzinowe piosenki i toasty. Ja zastanawiałam się tylko który z nich może mieć jajko i kiedy będzie chciał go użyć. Bo pewnie nie wiecie, ale w Peru jak ktoś ma urodziny, to rozbija mu się jajko na głowie. I posypuje mąką. Tak dla uczczenia jednej wiosny więcej. Na moje szczęście z zebrania wyrwała mnie sekretarka, która przyszła mi oznajmić, ze muszę podpisać kwitek, bo dostałam kwiaty. Co? Kwiaty? Ale jak to kwiaty? Od kogo? Gdy zobaczyłam wielki bukiet kwiatów w różowym wazonie i karteczkę z napisem "Te dua" już wiedziałam. Ktoś mi zapowiedział, ze w urodziny mi pokaże, jak bardzo mnie kocha. Pokazał. I uratował przed jajkiem. Bo zanim zdążyłam wrócić animatorzy czekali na mnie na rogu. Ale ja już byłam w bezpiecznej odległości od nich i jajka w torebce foliowej.
Obiad był tego dnia uroczysty, jak to zwykle bywa przy jakiejś okazji. Dostałam torta w bitej śmietanie z napisem "Feliz Día Doris", a jako jeden z prezentów od wspólnoty, płytę z "peruwiańską marinerą". W międzyczasie wysłuchałam życzeń dla Señority z Polski w peruwiańskim radiu i dwóch serenad, które zaśpiewali mi klerycy. Po południu było jak zwykle Sol Bosco, czyli oratorium popołudniowe. Tutaj triumfowały moje Laurity, które jedna po drugiej wręczały mi upominki, a na koniec zaciągnęły mnie w ustronne miejsce. Na szczęście nie po to, żeby mi rozbić jajko na głowie, ale żeby mi wręczyć... Kolejnego torta. Tym razem w czekoladowej polewie z wiórkami kokosowymi. 
O 17.30, jak już skończyło się Sol Bosco, pobiegłam do naszego pokoju, żeby przynieść ciasto na spotkanie z animatorami. Gdy wróciłam, zastałam puste oratorium i Angelę, która spacerowała z telefonem w ręku i udawała, ze nie może się dodzwonić do Ani. Zaczęła mi opowiadać, ze zgubiła jej się Ericka (jej córka) i ze nie wie, gdzie są wszyscy. Oczywiście nie wierzyłam w ani jedne jej słowo, co tylko jeszcze bardziej rozbudzało moja ciekawość. Jak już skończyła to swoje przestawienie, zaciągnęła mnie na gore, do jednej z klas. A tam czekało na mnie.... Przyjecie niespodzianka. Balony z powypisywanymi literkami z mojego imienia, łańcuchy z bibuły, ciastka, napoje i około 30-tka ludzi czekająca na solenizantkę, czyli... na mnie! Jak zawiązali mi oczy chustka, zakręcili wokół własnej osi i kazali rozbijać pinade z cukierkami, naprawdę poczułam się jak w amerykańskim filmie. W "Kochanym urwisie" na przykład.  Co prawda tort z ananasami na wierzchu i świeczką taką jak w Polsce się stawia na kolędę nie pasował to tej charakterystyki, ale kto by tam wnikał w szczegóły. 
To nie był koniec niespodzianek tego dnia. Bo gdy na chwilę wyszłam na świeże powietrze, okazało się, ze zaczął padać deszcz. Deszcz, rozumiecie? Deszcz na pustyni. I nie taka mżawka jak zwykle, tylko prawdziwa ulewa. A ja jakieś dwie godziny wcześniej mówiłam mojej Klaudii (jednej z Laurit), ze chce jest tak gorąco, ze jedyne o czym marze, to deszcz. I spadł! Wszyscy wyszli, skakali, biegali albo po prostu stali i cieszyli się jak głupki. I delektowali tym cudownym momentem, w którym na rozpalone od nieustającego upału ciało spadają ogromne, zimne krople deszczu. Po paru dniach już przeklinali to moje życzenie, bo deszcz padał co noc i to tak, ze co rano mieliśmy wodę do kostek w oratorium. A żeby weszły dzieci, trzeba było przed zajęciami robić wielka akcje odwadniania za pomocą drewnianych "łopat" do zgarniania wody. Klerycy wymyślili nawet bajkę "o dziewczynce o niebieskich oczach, której życzeniem był deszcz". Ale wtedy, na tamta chwile, deszcz był cudem. Moim cudem. 

 Wieczorem, jak już mogłam odetchnąć po tym wirze niespodzianek, przeczytałam wszystkie maile, wiadomości, smsy. Chyba nigdy nie dostałam tak pięknych życzeń. To był moment, w którym ostatecznie dotarło do mnie, ilu ludzi na tym świecie mnie kocha. Jak wiele jest osób, chciałoby być ze mną w tym dniu. Cieszyć się moim szczęściem. I ze ta misja, rozstanie, tęsknota, są po to, żebym zrozumiała, jakie to cenne. To wszystko, co czułam tego 6 lutego, podsumować może fragment maila od osoby, która zna mnie chyba najlepiej:

Zastanawiam się czy płakałaś dzisiaj... Jakie to uczucie gdy dostajesz tyle miłości będąc na misjach, od ludzi których zaledwie poznałaś? Jak to jest gdy zostawiając tylu znajomych i przyjaciół na dziewięć miesięcy i będąc tysiące kilometrów od nich bez możliwości zobaczenia okazuje się, że oni tam czekają na Twój powrót i bardzo za Tobą tęsknią, pamiętają, piszą i kochają? 
Czy to nie piękne? Tracąc zyskujesz...dając miłość dostajesz ją. Jak to jest doświadczać tego? 

Jak to jest? Cudnie. Jest cudnie.
Doris
Gdy wcześniej myślałam o tym poście, to chciałam napisać o wielu rzeczach, z których składa się każdy nasz dzień tutaj. O tych pierwszych minutach na Vacaciones Utiles, podczas których biegam z jednej formacji na druga, rozdaję listy, zbieram karnety i modlę się, żeby nie przyszło tylko dwóch nauczycieli zamiast pięciu. O ustawianiu dzieci do pionu, żeby zamiast krzyczenia i wybiegania z klasy podczas zajęć, siedziały grzecznie w ławkach. O opiekowaniu się dziećmi z gorączką i szybkich interwencjach przy wypadkach na huśtawkach. O warsztacie z angielskiego, który czasem musi zejść na drugi plan, jak nie przyjdzie "profesor " od futbolu.
O wyciskaniu limonek na refresco dla 95 dzieci z oratorium popołudniowego. O robieniu bransoletek na warsztatach z Sol Bosco i rozmowach wychowawczych z moimi Lauritami, które pozostają ciągle diamentami nie do oszlifowania. O myciu stu zielonych i niebieskich plastikowych kubeczków. O jedzeniu bodoke, czyli wodnych lodów, których inni wolą unikać przez wzgląd na możliwe rewolucje żołądkowe. O chowaniu się przed balonami z woda, które z powodu karnawału są utrapieniem dla wszystkich stworzeń płci żeńskiej.

Ale te wszystkie momenty to tylko niektóre elementy układanki. Te, które najszybciej rzucają się w oczy. Najbardziej jaskrawe, nadające stały rytm i najlepiej pasujące do tła. Pozostaje jeszcze to, co tworzy kontury dopiero po ułożeniu całości. To są te rzeczy, które dostrzegają tylko niektórzy. Jeżeli zechcą dostrzec.
Ja na przykład zdałam sobie dziś sprawę, jak wiele się uczę. Każdego dnia. Uczę się Peruwiańczyków. Peruwiańskiej odmiany ludzi ze slumsów. A może po prostu ludzi z innego świata, nie przesiąkniętych jeszcze globalizacją i jej barbarzyńskimi skutkami. Uczę się jak porzucić swoje europejskie podejście do człowieka. Uczę się ich sposobu patrzenia na świat.

Peruwiańczycy... Zabiają mnie bezpośredniością. Kiedy? Gdy 11-letnia dziewczynka pyta mnie mimochodem, czy wiem, ze jej mama ja zostawiła. Albo gdy moja imienniczka Doris mówi mi, ze jej rodzice nie żyją. Albo gdy ktoś podchodzi i pyta, czy może okraść mi oczy. Bo są tak piękne, ze chce mieć takie same. Wtedy budzi się we mnie Europejskie myślenie. Ale jak to? Nie mówi się tak  bez okazji i stosownej chwili, ze nie ma się rodziców. Nie mówi się komplementów nieznajomej osobie. Nie ufa się ludziom, których się dobrze nie zna. Nie? A kto powiedział ze nie?

Peruwiańczycy: zbijają mnie z tropu swoim spontanicznym okazywaniem uczuć. Na przykład gdy dają mi całusa dzieci, które pierwszy raz widzę na oczy. Albo pytają, jak mam na imię. Gdy animatorzy przychodzą i się przytulają, tak po prostu, bez wyraźnego powodu. Czasem tylko dodają"polakita" albo "mi amiga kurde". No i znów - w Europie to nie do pomyślenia. Przytulanie się jest przecież dozwolone tylko dla zakochanych. Całowanie w policzek ludzi płci przeciwnej, nawet na przywitanie, surowo zabronione. Ale czy to normalne? Trzymanie ludzi na dystans? Ten fizyczny strach przed drugim człowiekiem? Ta dziecięca potrzeba czułości, która czasem pozostaje nigdy niezaspokojona? Nawet w wieku 40 lat?
Peruwiańczycy. Zaskakują mnie swoim wybuchowym temperamentem. Mogą się kłócić długie godziny robiąc zamaszyste ruchy rekami, zaciskając mocno szczękę, mrużąc oczy i mówiąc z prędkością przekraczająca granice zrozumienia. Nawet na środku ulicy. Mogą tez tylko spojrzeć spode łba, syknąć "tsssssss, chala", zrobić lekceważący ruch reki i obrazić się na amen. Wszystko jest dla nich czarne albo białe. Kochasz mnie albo mnie nienawidzisz. Nie ma żadnego pomiędzy. W Europie za to wolimy nie mówić sobie w oczy pewnych rzeczy. Nie kłócimy się na ulicy, bo to przecież nie wypada. Raczej zamykamy w czterech ścianach nasze żale i pretensje do świata. Chowamy je tak głęboko jak się da, żeby tylko sąsiad nie pomyślał, ze coś ze mną nie tak.

Peruwiańczyk rzadko kiedy jest hipokrytą. Jak idzie do spowiedzi to tylko dlatego, ze czuje taka potrzebę. Nie dlatego, ze ksiądz akurat będzie zbierał kartki przed Wielkanocą. Peruwiańczyk jest dobrym obserwatorem. Potrafi zapytać, czemu jesteś smutny zanim jeszcze zdążysz pomyśleć, ze rzeczywiście jesteś. Peruwiańczyk jest zawzięty. Jak sobie postanowił, ze nie pozmywa po kolacji, to nie pozmywa, choćby się waliło i paliło. Peruwiańczyk jest dumny i przewrażliwiony na punkcie swojego kraju. Powie Ci, ze keczua jest językiem narodowym Peru i nieważne, ze w keczua rozmawia tylko mały procent mieszkańców selvy. Peruwiańczyk jest wolny. Nie obowiązują go godziny pracy, szkoły, nawet na Mszę potrafi przyjść w połowie. Peruwiańczyk tańczy wtedy kiedy chce i w rytm muzyki, którą sam sobie włączy.

Dlaczego tak uwielbiam ten peruwiański styl bycia? Bo jest autentyczny. Bo wypływa z samego środka gorącej latynoskiej natury. Bo nie jest schowany pod maska schematów, wyrachowania, pozorów. Dlaczego kocham Peruwiańczyka w wersji, którą znam? Bo ten typ człowieka nie stara się być kimś, kim nie jest. Bo nie potrzebna mu torebka od Coco Chanel żeby znać swoją wartość. Bo nie wierzy ślepo kolorowym reklamom. Nie daje się zamknąć w szczypce nowej mody na puste i bezuczuciowe lalki Barbie. Nie pracuje po to, żeby kupić plazmę albo komórkę z lepszymi gadżetami. Bo na codzien zauważa drugiego człowieka. Przesiaduje zawsze pod domem, a nie zamyka się w środku. Nie buduje wysokich murów żeby czuć się bezpieczniej. Bo zamiast po zimnej posadzce plastikowych galerii stąpa po gołej ziemi. Każdego dnia ma realny kontakt z jej powierzchnią. Jest biedny, ale może Ci dać 1 sola nawet jeśli wie, ze nie oddasz.
A Ty bogaty człowieku z Europy? Jak bardzo jesteś prawdziwy? Czy jak zdejmiesz maskę włożoną na potrzeby świata XXI wieku to coś pod nią zostanie? Czy jak opuścisz betonowe mury i usiądziesz na trawie to będziesz wiedział, co ze sobą zrobić? Czy stać Cie na to, żeby zamknąć laptopa i zamiast rozmawiać z ludzi na facebooku zapytać babcię na ulicy, dlaczego sprzedaje suszoną miętę? Czy dalej myślisz, ze nowsza wersja samochodu da Ci szczęście i satysfakcję? Czy ciągle jedyne emocje wywołują w Tobie polskie wersje programów rozrywkowych z USA? A jedyne przeżycia to te z imprez mocno zakrapianych alkoholem i polepszaczami humoru? Ile jeszcze będziesz myślał ze jesteś panem samego siebie?
Doris
Wiem, jak wiele osób czeka na świeże newsy prosto z północnego Peru. Dostaje w każdym mailu zapewnienia, o tym, ze czytacie, tęsknicie, nie możecie się doczekać mojego powrotu. Ze jesteście dumni. Mi z każdym zdaniem takiej wiadomości coraz bardziej drga podbródek. Az w końcu uśmiech zlewa się ze łzami, które cichutko spływają po moich policzkach. Tak, łatwo mnie wzruszyć. Może to wszystko dlatego, ze macie rację. Naprawdę robię to, co kocham. Naprawdę jestem tu, gdzie powinnam być. I naprawdę jestem szczęśliwa. A może dlatego, ze wiem, ze w każdej części świata czeka na mnie ktoś taki jak Wy. Ze miłość się zwraca stokrotnie. I ze ja chciałam ją dać, a dostaje jej tyle, ze czasem aż ciężko ją udźwignąć. I ze dociera aż tu, do Peru, pomimo 13 tysięcy kilometrów.
Właściwie to zdałam sobie sprawę, ze od co najmniej trzech tygodni nie pisałam, czym żyjemy na codzien w najgorętszym okresie w Berlusconi, jakim są wakacje. I to najgorętszym nie tylko ze względu na żar lejący się z nieba. Ten okres to Vacaciones Utiles. Dosłownie Pożyteczne Wakacje.  Ale co naprawdę zawiera się w tej nazwie?

Dla kogoś z zewnątrz, Vacaciones Utiles to po prostu program letni w Bosconii dla dzieci ze slumsów. Czyli powtórzenia z przedmiotów, warsztaty, basen. Dla baczniejszego obserwatora, to mnóstwo pracy, zaangażowania i poświecenia wielu ludzi.

Vacaciones Utiles to najpierw dwutygodniowa propaganda. To 15 tysięcy zielonych kwadratowych ulotek roznoszonych we wszystkich możliwych dzielnicach. Najpierw na piechotę, w tumanach piasku i rażącym słońcu, od domu do domu, od okna do okna. Później z pomocą srebrnego salezjańskiego busa, z zamontowanymi na dachu głośnikami. To powtarzana kilkadziesiąt razy dziennie piosenka "Ai se eu te pego", czyli hymn tegorocznych VU.

Vacaciones Utiles to także przygotowanie klas, wysprzątanie boisk, wyposażenie oratorium w piłki, skakanki, pompki, kredy, zszywacze, mazaki, brystole... To dzwonienie i szukanie adresów profesorów i osób, które mogłyby prowadzić lekcje i warsztaty. Vacaciones Utiles to także niekończące się zapisy, które w ostatecznej wersji przekroczyły próg sześciuset dzieci. To przepisywane i zmieniane średnio pięć razy dziennie listy uczniów, klas, profesorów. To wypisywanie do późnych godzin nocnych sześciuset karnetów, czyli legitymacji dla każdego dziecka.
Vacaciones Utiles to wreszcie zaprogramowanie rozkładu zajęć dla 15 klas z podstawówki i 7 klas z gimnazjum. To umieszczenie 600 dzieci w klasach na zajęciach z komunikacji i z matematyki, a później na warsztatach i na basenie. To codzienne podbijanie karnetów tym wszystkim dzieciom, roznoszenie list. Bieganie od klasy do klasy i sprawdzanie, czy na pewno przyszedł nauczyciel. Codzienne zmienianie kadry w zależnosci od sytuacji na dany dzien.  To zastępstwa z angielskiego i przyjmowanie dzieci z gorączką, bólem brzucha, lecącą krwią z nosa albo rozbitą głową. To burzliwe spotkania z animatorami i profesorami.

Vacaciones Utiles to pięć godzin, w których żadna z nas nie może pozwolić sobie na chwilę nieuwagi albo na 5 minut odpoczynku. To codzienne wariactwo, które na początku wydawało się nie do ogarnięcia i kosztowało wiele nerwów, zmartwień, nieprzespanych nocy. A teraz... Jest po prostu codzienną pracą, codzienną radością, codziennym wypompowaniem energii do granic możliwości. Czyli po prostu naszą misją. 

Doris
Poznałam Artura. Mojego guru. Okazało się, ze jest zwykłym człowiekiem. Stanął przed brama Bosconii w trampkach, krótkich spodenkach i koszulce. Na plecach miał przewieszony czerwono-zielony worek, chyba z jakimiś owocami. Stal z zona, trzymając za rękę córeczkę. Pomyślałam sobie, ze właśnie stoi przede mną spełniony człowiek. Szukałam w jego oczach iskry, którą spodziewałam się zobaczyć. Znalazłam. I to mi wystarczyło.

Szedł sobie jak gdyby nigdy nic po patio, a ja patrząc na niego, zastanawiałam się, ile rzeczy chciałabym o nim wiedzieć i ile pytań zadać. Ale wtedy jeszcze nie mogłam, bo z tego całego zdumienia przepełnionego szacunkiem i podziwem, ciężko mi było powiedzieć cokolwiek. Wiedziałam, ze tacy ludzie jak on to prawdziwe unikaty. Nie zdążają się często. I zazwyczaj wcale nie rzucają się w oczy, chociaż są bardzo wartościowi. Znam kilku takich. Zazwyczaj wcale nie wiedza, ile są warci. Dlatego czasem trzeba ich uświadomić.

Czemu Artur, a właściwie on i jego zona, są dla mnie takim wzorem? Bo są ucieleśnieniem wszystkich najpiękniejszych wartości i ideałów, o które czasem tak ciężko walczyć. Artur i Margerita są polsko-peruwianskim małżeństwem. Wzieli ślub w samym środku slumsów, jedyny zresztą w historii Bosconii. Wzieli ślub w miejscu, w którym śluby kościelne są wyjątkami, a prawie wszystkie dzieci pochodzą z wolnych związków. Sa na codzien chodzącym przykładem miłości, która jest warta poświeceń. Miłości cierpliwej, łaskawej, która nie dopuszcza się bezwstydu, nie unosi się gniewem, nie dopuszcza złego. Miłości, która pokonała różnice kulturowe i 13 tysięcy kilometrów, dzielące Artura od ojczyzny.

Owocem tej miłości jest ich córeczka Lidka, która odziedziczyła po tacie jasna skore, a po mamie czarne oczy, geste włosy i okrągłą buźkę. Lidka rozumie po polsku, ale zdecydowanie lepiej jej idzie w konwersacjach po hiszpańsku. Za to piosenki śpiewa polskie. Na przykład "O mój rozmarynie rozwijaj się". Gdy się zapyta, kto uczy ja śpiewać, odpowiada "la ciocia Ania". Potrafi  zatańczyć marinere z peruwiańską gracja. Czasem tez wspomni, ze w domu w Calce nie mieszka sama, bo ma 23 chłopców.

Tych 23 chłopców, to dzieci ulicy, dla których Artur i Margerita już poświecili 2 lata swojego życia. Jako świeżo upieczone małżeństwo, zdecydowali się prowadzić rodzinny dom dziecka, a właściwie Salezjański Dom dla Chłopców Ulicy w Calce. Artur mówi, ze szczególnie na początku, było bardzo ciężko. Musieli sobie radzić sami, chociaż do końca nie wiedzieli, jak to wszystko wygląda. Niby mieli doświadczenie (Artur był prawie 2 lata wolontariuszem w Bosconii, a Margerita animatorką w oratorium prowadzone przez siostry salezjanki), ale wszędzie są zupełnie inne realia, inni ludzie, do wszystkiego trzeba się przyzwyczajać od nowa. Jak przyjechali, mieli przeciekający dach, pomieszczenia w stanie pozostawiającym wiele do życzenia, 23 chłopaków na głowie, roczna córeczkę i tylko własne ręce do pracy. Teraz maja wyremontowany dom, kucharkę na etacie, psychologa i dwie nauczycielki, które pomagają chłopcom w nauce. Nie wspomnę już o dwóch wolontariuszkach, Kasi i Ani, które codziennie oddają kawałek serca dla każdego z tych chłopaków. Oprócz "swoich" ludzi, nasz kochany Salezjański Ośrodek Misyjny wysyła tam tez wsparcie materialne, bo Calca jest tez jako jedna z wielu placówek, objęta projektem Adopcji na odległość.

Co mnie w tym wszystkim tak zachwyca? Artur, który mówi, ze jest tyle rzeczy do załatwienia i tyle trudności do pokonania, ze czasem się już nie da nic zrobić i trzeba to wszystko zostawić Bogu. Margarita, która z pewnością w glosie wyznaje, ze w planach maja budowę własnego domu dla chłopców ulicy, "ale w Piura, bo tu jest większa potrzeba. Bo w Calce jest tak żyzna ziemia, ze cokolwiek się posadzi, to i tak urośnie, a tutaj w okolicy jest tylko piasek i żadnych perspektyw". Lidka, która powoli zaczyna rozumieć, ze z dziadkami w Polsce rozmawia się tylko na skypie i trzeba coś powiedzieć po polsku, a z tymi peruwiańskimi można do woli używać hiszpańskiego.

I jak sobie tak o nich pomyślę, to znów sobie przypominam, ze szczęście wcale nie jest łatwe. Ze szczęście to nie ta "prosta droga po asfalcie", ale właśnie ta "wąska, taka na łeb na szyje, taka nie w porę, jak w listopadzie spóźnione buraki". I choćbym miała po niej iść i zedrzeć stopy aż do krwi, to nie zbocze na tą łatwiejszą i szybszą. Bo wiem, ze nie jestem na niej sama. Ktoś ta drogę wyznacza i wie, co robi stawiając na niej kolejne zakręty.

***

A tego posta dedykuję człowiekowi, z którym chcę stworzyć to wszystko, o czym marzę i co wymaga tyle trudu.
Doris
"FPS - jest moim trudem, czymś co mnie kosztuje nieprzespane noce, ileś pracy, której czasem nie widać. Ale jest tez spełnieniem jakiegoś marzenia, bo jeszcze 10 lat temu nigdy bym nie pomyślał, ze dojdziemy do miejsca, w którym jesteśmy."
Drakka, fragment wywiadu z Mirem - członkiem hip-hopowego składu FPS


No właśnie. Jeszcze kilka dni temu myślałam sobie: "To chyba jakiś żart. Nie miałyśmy od nie wiem kiedy nawet jednego dnia wolnego, święta minęły nam w kuchni i teraz jeszcze Sylwestra przyjdzie nam spędzić z trzema dziadkami przy stole. I właściwie, to po co im Sylwester, skoro szampana pije się tu do kolacji wigilijnej, która je się o północy w akompaniamencie wystrzelanych w niebo petard. To po polsku Nowy Rok już przywitali. Co prawda kolacja z 12-toma daniami tez jest, ale jako tradycja... wielkopiątkowa. Jak zwykle, wszystko na odwrót."
Tak, wizja Sylwestra z dwoma księżmi i bratem (reszta wspólnoty wyjechała do swoich rodzin, albo odeszła na stale) ostatecznie uświadomiła mi, ze jestem na misji i ze moja wolność, co by nie mówić, jest bardzo ograniczona. Oczywiście miałyśmy zaproszenia od naszych animatorów na imprezę w wydaniu peruwiańskim, ale jako wolontariuszki reprezentujące Salezjański Ośrodek Misyjny, a także jako dwie gringi, które zna już prawie cala dzielnica, zadecydowałyśmy ostatecznie, ze lepiej zostać w Bosconii. Tak żeby schować się przed oczami Wielkiego Brata, który ma swoich ludzi wszędzie.

Zostałyśmy w Bosconii. Ugotowałyśmy kolacje. Poszłyśmy na Mszę Sylwestrową. Wypiłyśmy gorącą czekoladę ze wspólnotą. O północy wyszłyśmy pooglądać fajerwerki i palące się munieki, czyli kukły symbolizujące Stary Rok z głowami najbardziej nielubianych osób. Cos jak nasze marzanny, tylko Sylwestrowe i w męskiej wersji. Później mogłyśmy pozwolić sobie na nocne rozmowy w zaciszu naszego pokoju i na film, którego i tak nie obejrzałyśmy do końca, bo nie starczyło już sil.
Ale wiecie co... Mimo wszystko to był jedyny w swoim rodzaju i niepowtarzalny Sylwester. Bo spędziłam go w Peru. Spędziłam go w otoczeniu ludzi, którzy stali się dla mnie bliscy, chociaż wcale tego nie zauważyłam. Dopiero stojąc na tej wieczornej Mszy i obserwując uśmiechające się twarze mijających mnie osób, zrozumiałam, ze warto było tu przyjechać. Poczułam wreszcie na 100% po co tu jestem. I jedyne, co przechodziło mi przez gardło patrząc na Krzyż, to słowo dziękuję. Dziękuję, ze tu jestem.

Nowy Rok jest więc dla mnie przełomem. Przełomem w moim nastawieniu, w sposobie myślenia o mojej misji. Bo po tych trudnych chwilach, które w ostatnim czasie wpływały na mnie tak demotywujaco, zrozumiałam wreszcie, ze co by się nie działo, to spełnia się marzenie mojego życia. I to nie jedno. Kurde Doris, jak to możliwe, ze do tej pory nie wstawałaś rano z łózka i nie krzyczałaś, ze dziękujesz Mu za wszystko, co masz. Przecież ten rok przyniósł Ci więcej szczęścia, niż normalny człowiek byłby w stanie udźwignąć. A Ty się wkurzasz, ze już nie jest tak cudownie, bo misje to więcej straconych nerwów, więcej ciężkiej pracy, której nie widać i więcej poświecenia, niż myślałaś.
Dlaczego warto było tu przyjechać? Właśnie dla takich chwil, w których czujesz, ze życie nie przecieka Ci przez palce. Ze masz 23 lata i czujesz się spełniona. Siedzisz na krawężniku razem z całą ekipą pomagającą w roznoszeniu ulotek po dzielnicy, słuchasz peruwiańskiego hip-hopu na przemian z Loną i Paktofoniką i myślisz sobie, ze właśnie łapiesz chwile ulotne jak ulotka. Poznajesz Artura Szczęcha, który jest Twoim guru (Artur założył razem ze swoją peruwiańską zoną dom dla 20-tu chłopców ulicy), a teraz przychodzi jak gdyby nigdy nic do Bosconii i rozmawia z Tobą jak ze współtowarzyszką misyjnej doli. Jeździsz sobie po slumsach busem z wizerunkiem Marii Wspomożycielki na szybie i robisz, razem z siedzącą za kierownica Ania, większe zamieszanie niż umieszczone na gorze głośniki wykrzykujące jak zdarta płyta: "Sol Bosco 2012, alegra tus tardes". Całujesz podbiegające zewsząd dzieci z "Twojego" sektora szóstego i czujesz, ze już zostawiłaś tu kawałek swojego serca.