Doris


Życie nasze składa się z krótkich momentów
Cudownych chwil czy przykrych incydentów
Niczego nie przegapię, wszystkie je łapię...
Paktofonika, Chwile ulotne

Tak, chcąc nie chcąc stało się to, czego się zawsze obawiałam. Zostałam siostrą zakonną! I to nie dlatego, ze nie mogę znaleźć męża. Ani tym bardziej dlatego ze lubię zakrywać włosy welonem i nie nosić makijażu. Nie nie nie, nic z tych rzeczy. Po prostu w swoim peruwiańskim dowodzie, który miałyśmy zaszczyt odebrać w Limie, widnieję jako 'misionera religiosa', co dla Peruwiańczyków znaczy ni mniej ni więcej jak siostra zakonna właśnie. Ja i Ania już od jakiegoś czasu mówimy do siebie 'hermana' (czyli 'siostra'), ale bynajmniej nie z powodu nowego powołania. Po prostu wszystkie dzieci do tej pory próbują nam wmówić, ze jesteśmy siostrami, bo przecież jesteśmy takie podobne! W końcu wiec przestałyśmy zaprzeczać. Ale w życiu byśmy nie pomyślały, ze dostaniemy w spadku status zakonnicy.

Mimo tego, ze nieświadomie zostałyśmy salezjankami, warto było jechać do Limy te 14 godzin w jedną stronę. Dwa dni spędzone w innym miejscu niż Bosconia, pozwoliły nam na chwile oderwać się od naszych obowiązków. Poza tym przemierzając razem z Kasia, która wreszcie dobiła jako ostatnia do naszej grupy Peruwianek, ulice stolicy w poszukiwaniu płatków kosmetycznych, mogłyśmy czuć się bardziej anonimowe niż w naszym zaściankowym Piura. W Piura, gdy tylko wyjdziemy do miasta, wszyscy wokół nie przestają na nas zwracać uwagi. I to wcale nie ze względu na to, ze jesteśmy białe. Ale dlatego, ze obydwie mamy jasnoniebieskie oczy, które tutaj są zjawiskiem niespotykanym, a wręcz, jak to powiedział jakiś pan 'cudem'. Ostatnio jak byłyśmy na mercado, ludzie zatrzymywali nas, żeby spojrzeć nam w oczy i wykrzykiwali: 'O jakie Señorita ma piękne oczy, niebieskie, jak kolor nieba, niemożliwe!'. W sumie nie powinniśmy się dziwić, ze w kraju, gdzie 100% ludności ma oczy o kolorze coca-coli, błękitne oczy robią furorę. Ale i tak nie czułyśmy się dobrze jako dwie gringi robiące za atrakcję na piątkowym bazarze.

Dlatego ja zdecydowanie wolałam słuchać slow piosenki 'tus ojos color de coca-cola' z radia srebrnego salezjańskiego busika, który obwoził nas po Limie. Lima na pierwszy rzut oka jest dokładnie taka, jak ją określił jeden z pisarzy, Sebastian Salazar Bondy, 'och, ta okropna Lima!'. Spowita w nigdy nie opadającej mgle, która tak naprawdę jest unoszącym się ponad dachami smogiem, stara się bardzo przełamać swoją szarość krzyczącymi kolorami domów i budynków, malując na przemian zielony kolo fioletowego, niebieski obok pomarańczowego i żółty zaraz za różowym. Jest w niej dużo wigoru, który widać zarówno w jej mieszkańcach, jak i szalejących po ulicach samochodach, czy może raczej pojazdach silnikowych. Ale pomimo ze stara się wyglądać dobrze, buduje ekskluzywne dzielnice z willami i eleganckimi sklepami, nie ma w sobie ani klasy, ani stylu, ani prezencji i trochę komiczna z niej stolica. 

Na szczęście nawet Lima posiada interesujące miejsca i oferuje różnorodne doznania. Ja bym się po niej tego nie spodziewała, ale nasz przewodnik Luis wiedział gdzie nas zabrać. Jadąc autostradą wzdłuż wybrzeża Oceanu Spokojnego i mijając klify w Miraflores, czułam się prawie jak w Anglii, co tylko potwierdza fakt, ze Peru potrafi człowieka zaskoczyć. Jednak nawet ocean nie robi takiego wrażenia, gdy wokół jest szaro i mgliście, jakby zaraz miało zbierać się na deszcz.

'Moim miejscem' został Most Westchnień w XIX-wiecznej dzielnicy Barranco. Według legendy spełni się życzenie każdego, kto przejdzie po raz pierwszy przez cały most wstrzymując oddech. Niektórzy pewnie czytając to zastanawiają się co za życzenie pomyślałam przed wejściem na most, ale nie tylko z tego powodu tak bardzo mi się tam podobało. Barranco ma niepowtarzalny klimat, który za jednym zamachem przenosi w klimat rodem z Luz Marii. Drewniany most, kamienne schodki, latarnie, domki z drewnianymi okiennicami zbudowane piętrowo na ścianie klifu, drzewa, opuncje, ocean... Mmm lepiej za bardzo nie wczuwać się w ten klimat, bo potem ciężko jest wrócić na ziemię...

Za to mocno trzymać się ziemi musieliśmy wjeżdżając na szczyt wielkiego wzgórza San Cristobal, na zboczach którego pobudowane są kolorowe domki, które niestety tylko z daleka wyglądają wesoło. Nie wiem czy większe wrażenie robiły na mnie kolejne zakręty usytuowane tak, ze lepiej było nie patrzeć w dol, czy widok tych wszystkich slumsów wokół. Niemniej jednak udało się nam dotrzeć na górę i zobaczyć z bliska krzyż, który znajduje się na samym szczycie.

Oprócz naszych wojaży miałyśmy tez okazję zobaczyć największą procesje w Peru, która wędruje ulicami Limy cały miesiąc (sic!), z obrazem Señor de los Milagros. Lima wygląda dzięki niej trochę ładniej, bo wszędzie powiewają biało-fioletowe wstążeczki i balony, ale za to jest jeszcze bardziej zakorkowana niż zwykle. Tak naprawdę procesja jest jedną wielką fiestą, bo gdy kolejni mieszkańcy czekają na jej przejście, na 'ołtarzykach' organizowane są pokazy marinery, koncerty i nie wiem co jeszcze. Dlatego chyba najwięcej pożytku maja z niej wędrujący handlarze, którzy sprzedają nawet piżamy i fartuszki kuchenne. Po co komu piżama na procesji? Kasia chyba jeszcze próbowała się zastanawiać, ale my z Anią, po ponad miesiącu w Peru, już nawet nie zadawałyśmy sobie tego pytania...

Doris

Czy tańczyliście kiedyś na rowerze? Jedliście marakuje łyżeczką? Graliście w kosza bez kosza? Albo przytulaliście się z dziećmi tak, ze z pozycji stojącej znaleźliście się w leżącej? Jeżeli nie, to radze spróbować! Smak życia można poczuć właśnie w takich ulotnych chwilach. Oczywiście w Peru życie smakuje inaczej i dlatego ciągle odkrywam w nim coś nowego.
Na przykład całkiem niedawno, po miesiącu pobytu tutaj, zdałam sobie sprawę, ze przecież jestem w latynoskim kraju (hello). Tak byłam pochłonięta sprawami oratorium, ze zapomniałam, ze mogę jednocześnie poznawać kulturę Ameryki Południowej! Olśnienia doznałam podczas zebrania najwyższych władz miasta z okazji 'Tygodnia Piura', na którym Padre dostał nagrodę za zasługi Bosconii. Tam po raz pierwszy zobaczyłam na żywo profesjonalna marinere! Oczywiście od razu zakochałam się w tym tańcu... Gdy patrzyłam na rozemocjonowane twarze tancerzy, na ten ogień w ruchach, na iskry sypiące się przy uderzeniach bosych stop o podłogę... Na intensywność koloru sukienki tancerki i intensywność emocji, z jakimi tańczyła... Och, najchętniej bym się z nią zamieniła miejscami. I gdyby tylko doba trwała trochę dłużej, to nie darowałabym sobie, żeby wyjeżdżając stad nie umieć tańczyć marinery. Niestety nie trwa:)


No właśnie, oprócz tańca Peruwiańczycy, jak przystało na rodowitych Latynosów, kochają muzykę. Ja i Ania przekonujemy się o tym codziennie, wracając po kolacji do naszego apartamentu. Nie istnieje tu coś takiego jak cisza nocna (niektórzy w Polsce bardzo by się ucieszyli ze ich sąsiedzi, zamiast wkurzać się na głośną muzykę w godzinach nocnych, jeszcze sobie do niej podśpiewują pod nosem). Gorące rytmy latino docierają na ulice z co piątego domu Nowej Esperanzy, a zwłaszcza z tych naprzeciwko naszego pokoju. Także nawet zasypiając nie możemy zapomnieć, ze jesteśmy w Peru.
Jest jeszcze jedna rzecz, na punkcie której ludzie w Peru, a szczególnie Ci płci męskiej, maja świra. Piłka nożna! Zamiłowanie do tego sportu to akurat ogólnoświatowe zjawisko i zrozumiale, ze jak jest mecz Peru/Chile to rozmawia się o tym cały dzień. Ale żeby brat modlił się z dziećmi z oratorium w intencji meczu... To już trzeba naprawdę być Peruwiańczykiem. Nasi kochani bracia nawet nie poszli z tej okazji na nieszpory, bo musieli obejrzeć mecz do końca, a ich pełne przejęcia okrzyki: 'gooooooloool, goooool', 'que haces', 'noooooooo, no puede ser' słychać było chyba w całej dzielnicy.

W Peru robi się rożne dziwne rzeczy. Na przykład bije się brawo Jezusowi i Maryi. Podczas procesji z okazji fiesty Virgen de Rosario, czyli naszej MB Różańcowej, ludzie idąc ulicami slumsów krzyczeli 'Viva Maria!, Viva! Viva Jezus! Viva!'. A po Mszy do tego wiwatowania dołączyli tez gromkie brawa najpierw dla Maryjo, z racji tego ze to w końcu jej święto, a później dla jej Syna i całego kościoła katolickiego. Jakby dodać do tego napisy na moto taxi typu 'Jezus es mi amigo' (Jezus jest moim przyjacielem), albo kapliczki z figura Maryi na środku pokoju gościnnego, to można by naprawdę pomyśleć, ze Peruwiańczycy są przykładnymi katolikami. Z tym akurat rożnie bywa, ale manifestowanie swojej wiary wychodzi im naprawdę dobrze.
Tak wiec, jak to mówi nasze sztandarowe hasło - Peru is different. I jak się okazuje nie tylko Peru, ale pomysły Padre Piotra tez. Jakieś dwa dni temu zadzwonił nasz telefon stacjonarny (o tym ze w ogóle działa dowiedziałyśmy się w tym samym momencie), a tam Padre z wiadomością, ze wszyscy na nas czekają w gospodarstwie i czemu jeszcze nas nie ma, przecież dziś mamy szczepić indyki! My, niedowierzająco zupełnie, poszłyśmy sprawdzić co się dzieje. I zanim zdążyłyśmy pomyśleć, już stałyśmy wśród wrzeszczących i kręcących się pod nogami indyków - Ania ze strzykawka w ręce, a ja z dwoma indykami czekającymi na swoja kolejkę do szczepienia. Padre z niesamowita wprawa łapał po piec indyków na raz, ja trzymałam je za nogi głowami do dołu i podawałam Ani, a Ania dobierając się im do skrzydła, wbijała strzykawkę z dwiema igłami nasączonymi szczepionka. Przeżycia z wieczoru z indykami - bezcenne!

Pomijając indyki, to cały ten peruwiański klimat zaczyna mi się coraz bardziej podobać. Przywykłam nawet do widoku slumsów, a nasze wyjścia na dzielnice w poszukiwaniu dzieci są moim ulubionym punktem dnia. Chodząc sobie po piasku ze słonymi ciasteczkami w ręce, czuje się prawie tak jakbym szwedala się po polskich betonowych chodnikach z paczka pestek. A ze chodzimy zawsze z jakimiś chłopakami, którzy przeważnie maja jeszcze 'naście' lat, to tym bardziej czuje się jak za czasów liceum, kiedy to w głowie szumiały kawałki PFKi: 'Mamy po dwadzieścia lat, przed nami cały świat, przed nami cały życia szmat, wiec jestem rad z każdego poranka i wieczoru, dawno już dokonałem wyboru...'

Doris

Kalejdoskop. Różnokolorowa mozaika z maleńkich rombów, kwadracików, kolek, trójkątów, czworoboków i figur, których nie umiem nazwać. Jedna, druga, kolejna i następna. Widok ciągle się zmienia, nie ma czasu żeby dobrze przyjrzeć się jednemu, już musisz oglądać następny. I gdybym miała komuś wyjaśnić, jak wyglądają nasze dni w Bosconii to użyłabym kalejdoskopu właśnie.


Wszystko dlatego, ze dzieje się tyle i to w takim tempie, ze nie ma czasu nawet pomyśleć o jednej rzeczy, bo już trzeba robić następną. Jest dokładnie tak, jak śpiewała Natalia Kukulska w piosence 'W biegu' - 'znowu to samo, znowu biegnę bo coś ciągle każe biec. (...) Znowu nie zdążę, nawet do myśli swych przyzwyczaić się'. Mamy tak wypełniony czas, ze jak już znajdzie się jakaś godzina wolna w ciągu dnia, to tylko wpadamy do naszego apartamentu i wybiegamy w półobrocie. Nawet po kolacji (która kończymy zazwyczaj o 21-szej) nie mamy chwili wytchnienia, bo zawsze jest coś do zrobienia - a to uporządkowanie list dzieci, a to wysprzątanie kaplicy, a to rozmowa z Padre lub zwyczajowe spotkanie z braćmi w sprawie oratorium.

Mi oczywiście bardzo odpowiada taki styl życia, chociaż w takim tempie nie wiem czy wytrzymam do tej 90-tki wywróżonej mi przez kardiologa. Odpowiada tez dlatego, ze głównym powodem naszego braku czas są wyjścia na dzielnice, podczas których staramy się przekonać dzieci zapisane do oratorium, aby znów do niego przychodziły. Za każdym razem wychodzimy oczywiście nie same (to informacja dla wszystkich tych, którzy już maja wizje dwóch białych dziewczyn spacerujących po slumsach). Zazwyczaj chodzi z nami kilku chłopaków, a naszym stałym przewodnikiem jest Jeimy, który właściwie niczym poza tańcem się nie zajmuje. Dzięki temu ma dużo czasu na szukanie razem z nami adresów zaszyfrowanych w sposób, jaki mogli wymyslec tylko Peruwiańczycy, czyli np. San Martin, Mz. G 12, Lote 13. Bo jeżeli ktoś myśli ze adres w Peru znaczy to samo co adres w Polsce to się bardzo myli. W Piura dzielnice są podzielone na sektory, sektory na mansany, czyli tzw. 'kwadraty', kwadraty na loty (cokolwiek to znaczy), a loty mają już nawet numery.

Kalejdoskop to tez dobre określenie nie tylko ze względu na limit czasowy, który mamy ustalony z góry na oglądanie jednej mozaiki, ale także ze względu na różnorodność tych mozaiek. Czasem jednego dnia zdążę się wzruszyć, zezłościć, bardzo się ucieszyć i bardzo zasmucić. Peru jest takie nieprzewidywalne. A Peruwiańczycy jeszcze bardziej.

Jeżeli Albanię nazwalam na swoim poprzednim blogu krajem kontrastów, to Peru nazwałabym krajem nonsensów. Wszystko tutaj jest tak niepojęte, ze czasem wręcz niemożliwe do przyjęcia dla człowieka myślącego po europejsku. Na przykład to, ze w jednym mieście można spotkać ekskluzywne autobusy z video odtwarzaczem przy każdym siedzeniu i kliniki przypominające czasem te z amerykańskich seriali, a kilka kilometrów dalej pustynne osiedla slumsów, w których nawet oddycha się piaskiem, a ludzie żyją w swoich barakach z trzciny, bez wody i prądu. Albo to, ze na skrzyżowaniach aż roi się od policjantek wypisujących mandaty za każde przekroczenie linii stop, nawet o 5 cm, a w dzielnicach o najwyższym stopniu przestępczości (tzw. zonas rojas, jak nasza), nie pojawiają zadni panowie w mundurach.

Im więcej dowiaduję się o tym kraju, tym coraz bardziej rozumiem słowa Mirka z Limy, który stwierdził, ze on już nawet się nie zastanawia, czemu tu coś wygląda tak, a nie inaczej. I do mnie tez powoli dociera, ze nie warto pytać, czemu mleko jest białe.

Mimo wszystko, są rzeczy przyprawiające o zawrót głowy. Bo jak rozmawiam z 13-letnim Romario, który mi mówi podczas oratorium peryferyjnego: 'To Senorita nie wie, ze tutaj jest dużo dziewczyn, które są prostytutkami? W każdym sektorze jest jakiś burdel. Dziewczyny wsiadają do takich dużych samochodów i kilku mężczyzn zawozi je, żeby... no, wie Senorita po co.', to co mam sobie myśleć? Albo jak siedzący obok 5-letni Victor opowiada: 'No jest taki proszek, który zawija się w folie, a później pan po niego przychodzi. A jest nie tylko proszek, bo jeszcze można się kluć w rękę, ale to wtedy szybko można umrzeć.' Albo jak przy kolacji (tego samego dnia) Padre stwierdza, ze boi się spowiadać tych młodych ludzi, bo jak dziewczyna przychodzi i mówi mu, ze tata ją wykorzystuje, a mama o tym wie i nawet się nie odezwie, to co on ma z tym zrobić?

Oczywiście są tez w tej peruwiańskiej rzeczywistości rzeczy, którymi można się zachwycić. Na przykład jak kilku chłopców podejdzie po Mszy do krzyża i do figury Matki Boskiej, żeby ją dotknąć, pocałować swoja rękę, a potem przyłożyć ja do serca. Albo jak mały, wiecznie umorusamy i jedzący codziennie piec porcji jedzenia Cristian stoi podczas Buenas Tardes i modli się z zamkniętymi oczami. Albo jak kobiety wynoszą litrami święconą wodę, żeby dodawać ją posiłków, a starsze panie po to, żeby smarować nią obolałe ciało, wierząc ze ta woda je wyleczy.

Ten cały kręcący się bezustannie kalejdoskop sprawia, ze czasem bardzo tęsknię za polska rzeczywistością. Za polskim (!) sposobem myślenia, za organizacja pracy po polsku, za Msza po polsku, jedzeniem po polsku, nawet za polskimi szarymi ulicami i betonowymi blokami. A najbardziej oczywiście za ludźmi... Za nasza olsztyńską sekta, za cala redakcja Pudelka DziKS, za 'moimi' ludźmi z Grajewa, za wszystkimi z SOM-u... Za Tunbridge Wells tez tęsknię, ale do tego akurat już przywykłam - tak przywykłam, ze mam Was na odległość.

W takim miejscu jak Peru docenia się wiele rzeczy. Takich, które kiedyś miało się na co dzień, a teraz wydają się tak nieosiągalne jak lot na księżyc. Ale dzięki temu człowiek uświadamia sobie, jak bardzo je kocha. :)
Doris
'Jeśli Twoje ubranie jest przesiąknięte zapachem mchu, nie ma potrzeby byś mówił o tym wszystkim. Zapach będzie mówił sam za siebie.
Najlepszym kazaniem jesteś ty sam.'
Bruno Ferrero 'Czy jest tam ktoś?'

Jakieś parę dni temu, całkiem przypadkiem (niektórzy wiedza, ze przypadków nie ma) odkryłam, ze do tej pory nie wiedziałam co tak naprawdę zawiera się w słowie misje. Nie zdawałam sobie sprawy, ze misje to nie tylko praca z dziećmi, pilnowanie ich przy odrabianiu lekcji, przygotowywanie posiłku i granie z chłopakami w kosza. Nie tylko cotygodniowe nocne spotkania z braćmi w celu obgadania spraw organizacyjnych i zorganizowania zajęć weekendowych. Ze to nawet nie tylko przekazywanie wartości i uczenie miłości.
Odkryłam, ze misje to przede wszystkim zmiana myślenia. To pokazanie, co to znaczy być chrześcijaninem. To niesienie ludziom światła i nadziei (la luz y la esperanza - to słowa które najbardziej zapamiętałam z Mszy Świętej z okazji jubileuszu 120-lecia Salezjanów w Peru). To przybliżanie innych do Boga.

Tego odkrycia dokonałam za sprawa pewnego 13-letniego chłopca. Romario od dwóch lat przychodzi do Bosconii. Jest książkowym przykładem chłopca w jego wieku (czytaj: czasem wymaga dużo cierpliwości). Piłka nożna i wdawanie się w kłótnie z innymi chłopcami to jego ulubione zajęcie. Ale w sobotę, ponieważ w planie był basen, a Romario nie miał stroju, o dziwo znalazłam go na huśtawkach. I dzięki temu ze mogłam porozmawiać z nim dłużej, poznałam go trochę bliżej. Po dłuższej chwili odłączyła tez do nas Ania. Gdy zapytała go, czemu nie jest ministrantem jak jego przyjaciel Victor, z zawstydzona mina odpowiedział ze nie może. Okazało się, ze Romario, tak jak i jego rodzeństwo, nie jest ochrzczony. W tym momencie ja i Ania, patrząc jedna na druga i obserwując swoje zdziwienie wyrażone bardzo dobitnie mimika twarzy, zaczęłyśmy swoja agitacje chrześcijańską. Tak go nakręciłyśmy, ze bez wahania stwierdził, ze chce przyjąć Chrzest. I to naprawdę nie dlatego, ze powiedziałam mu, ze mogę zostać jego matka chrzestna. Chciało mu się nawet czekać ze mną na Padre 1,5 godziny, żeby z nim na ten temat porozmawiać. A na drugi dzień, w niedziele, Romario po raz pierwszy od bardzo dawna (jeśli w ogóle kiedykolwiek było jakieś dawno), przyszedł na Msze dla dzieci i to ze swoimi dwiema siostrami. Jak go zobaczyłam, to po prostu chciało mi się śpiewać z radości. To wszystko było takie niesamowite. Uczucie, ze ja (JA!) mogę kogoś przyprowadzić do Niego. I ze ten ktoś wybrał kościół katolicki, a nie sektę, której propagandę słyszy codziennie rano za oknem.

Doris
Wciąż chcę wierzyć w te ideały,
Wciąż wierzyć, że jest sens tej naszej pracy,
Że tak naprawdę ziemia jest tylko przelotnym momentem,
Krótkim przystankiem do stacji wieczne szczęście.
Eldo 'List z ziemi'


Czasem jest to bardzo trudne. Wierzyć w ideały. Wierzyć w sens tej naszej pracy. Trudno jest pogodzić się z faktem, ze 'nie możemy zrobić nic wielkiego, a jedynie małe rzeczy z wielka miłością'. Czasem nawet o ta wielka miłość trudno. Szczególnie w te gorsze dni, kiedy niektóre dzieci wcale nie okazują wdzięczności, wręcz przeciwnie. Kiedy oratorium staje się jednym wielkim chaosem, którego nikt zdaje się nie kontrolować. Kiedy nic nie wychodzi tak jak powinno, a peruwiańska mentalność doprowadza do szalu. Kiedy chciałybyśmy strzelić 20-minutowy monolog po hiszpańsku, a słowa utkną gdzieś pomiędzy krtanią a językiem. W takich chwilach człowiek zastanawia się, co on tu właściwie robi, czy to wszystko ma jakiś sens. Czy nasz pobyt tutaj coś zmieni. Czy inni nie zrobiliby tego lepiej. Zwłaszcza, gdy ma się świadomość, ze zostawiło się w Polsce osobę, która odgrywa w naszym życiu wielka rolę. Osobę, bez której świat byłby ponury, nawet gdyby codziennie świeciło słońce, a ludzie tańczyli na ulicy. Kogoś, kogo jest naszym drugim skrzydłem... 


Ale są takie małe rzeczy, które sprawiają, ze naprawdę chce się tu być dla tych ludzi. I wiem, ze pisząc to, nie oddam znaczenia tych wszystkich momentów, w których chciało mi się płakać ze wzruszenia albo uśmiech nie schodził mi z twarzy przez 15 minut. Bo może ktoś inny wcale nie wzruszyłby się chłopczykiem, który przyszedł się przytulic po tym jak naprawiłam mu suwak w kamizelce. Albo żółtą kopertą obklejoną naklejkami 'Gracias por tu amor', którą dostałam od dziewczynki z oratorium. Pewnie kogoś innego nie ruszyłby tez widok nastolatka z niedzielnej scholi, śpiewającego do mikrofonu z wczuciem, jakiego pozazdrościłby mu Enrique Iglesias. Ani nie zdziwiłby widok Padre Piotra błogosławiącego dzieci po Mszy Świętej w taki sposób, jakby był kolejnym wcieleniem Jana Pawła II. 
Może nikt nie przejąłby się staruszką sprzedającą dziwaczne pomarańczowe wafelki i prażone cocoriche (jakkolwiek to się pisze) przed bramą oratorium. I nie miałby łez w oczach podczas zbierania pieniędzy do puszki, gdy pewna babuleńka podeszła i zapytała, czy może rozmienić sola, bo nie stać ja na taka ofiarę (1 sol to mniej więcej tyle co 1 zloty), ale skoro nie, to ofiara będzie tez od jej męża.

 
I chociaż czasem jest trudno, to gdy pomyślę sobie o twarzach tych ludzi, których mijamy przejeżdżając przez slumsy, o twarzach dzieci bawiących się gdzieś pomiędzy stertą śmieci a zepsutym pordzewiałym samochodem, o twarzach pomarszczonych starych Indianek skupionych na Mszy Świętej i gładkich uśmiechniętych twarzyczkach naszych dzieci z oratorium, to znów chce mi się chcieć. I wtedy znów wierzę, ze 'dla Niego warto iść pod prąd'.

Mój Panie jestem Twój
Ty znasz mnie, śledzisz każdy krok mój
Poprowadź abym trwał,
nie zgubił się i nie został sam.

Ty prostuj moje ścieżki,
bo drogi często kręte są.
Mój Jezu Ty mnie poprowadź
dla Ciebie warto iść pod prąd

P.S. Dziękuję Aniu, nie tylko za piosenkę :)
Doris

"Uśmiech bywa aktem męstwa, smutek to słabość i postawa zbyt wygodna. Być radosnym i dobrym, kiedy świat jest smutny i zły, to dopiero odwaga" — Małgorzata Musierowicz

Niektórzy po ostatnim poście prosili o coś bardziej optymistycznego. Rzeczywiście wydawało by się ze pośród slumsów nie ma nic optymistycznego. A jednak... W dzielnicy Nueva Esperanza (co tłumaczy się Nowa Nadzieja, ciekawa nazwa zważywszy na to, ze obszar ten ma 10 sektorów, z czego wszystkie to slumsy) jest takie magiczne miejsce, które nazywa się Bosconia. 

 W Bosconii wszędzie jest zielono, kwitną różowe i czerwone kwiaty, rosną rozłożyste palmy z wielkimi kokosami, drzewa limonkowe i tutejsze rośliny ozdobne, których nazw nie sposób spamiętać, a czasem nawet powtórzyć. Padre Piotr, salezjanin, który jest dyrektorem w Bosconii od 4 lat, mówi, ze to wszystko po to, by dzieci przychodząc tu, oddychały innym powietrzem - dosłownie i w przenośni. I rzeczywiście to 'inne powietrze' czuje się gdy tylko przekroczy się bramę Bosconii. 

W Bosconii dzieci są szczęśliwe, bo maja huśtawki, zjeżdżalnie, boiska, baseny, piłki i skakanki. Mają miejsce do odrabiania lekcji i ludzi, którzy poświęcają im swój czas. Mogą razem z rówieśnikami bawić się, modlić, odrabiać pracę domowa, jeść wspólny posiłek i pic refresco. Ponieważ wokół nie ma nic poza brudem, kurzem, śmieciami, obskurnymi domami i propagandowymi napisami na murach, Bosconia wydaje się być rajskim ogrodem, który jest dostępny tylko dla małych wybrańców z karnetami za 3 sole. 

Ja i Ania mamy wielkie szczęście, ze trafiłyśmy do takiej placówki misyjnej i ze opiekuje się nami taki człowiek jak Padre Piotr. Bosconia to nie tylko boiska, salki dla dzieci i pomieszczenie mieszkalne dla wspólnoty. Oprócz oratorium, do którego przychodzą dzieci z primario (tutejszej podstawówki) i secundario (coś a'la polskie gimnazjum) starsi chłopcy uczą się zawodu w warsztacie mechanicznym, produkcji blachy, stolarki i pracy w gospodarstwie. Gospodarstwo jest wielkie i hoduje się w nim niezliczona ilość świń, indyków i kur oraz krowy i króliki. Kobiety w soboty przychodzą na warsztaty z rękodzieła - robią biżuterię, szyją, wyszywają i szydełkują.

Wszystko to nie tylko do nabycia umiejętności, ale tez po to, żeby przynosiło dochody. Są to niewielkie sumy w porównaniu z pieniędzmi, jakie są potrzebne na utrzymanie całej Bosconii, dlatego Padre Piotr nieustannie musi wymyślać nowe sposoby na pozyskanie funduszy. Cała ta praca nad Bosconią tak pochłania Padre Piotra, ze śpi tylko kilka godzin na dobę. Padre oprócz tego ze jest dyrektorem, ekonomem, zarządcą i księgowym w jednym, chodzi wieczorami po całej Bosconii i przestawia 'podlewaczki' z jednego miejsca na drugie, żeby równomiernie lały wodę na trawę, bo nikt inny podczas nieobecności ogrodników się tym nie zainteresuje. Ale jak mówi Padre 'Ktoś może mówić ze jestem szalony, ale to ja się będę przed Bogiem rozliczał z tego, co zrobiłem w życiu'. Dlatego, nawet gdy codziennie musi wysłuchiwać, ze znów spóźnił się na kolację i jest cały mokry, dalej robi swoje.

Padre to niesamowity człowiek. Zresztą tak jak każdy misjonarz. Dba o całą Bosconię jak o swój własny dom i razem z Bosconia oddaje do użytku całego siebie. Wszystko, co robi, robi dla tych ludzi tutaj, żeby mieli coś swojego, coś z czego mogą być dumni. Buduje kaplice, zmienia nagłośnienie, wstawia nowe dachy. W niedziele odprawia piec Mszy Świętych w rożnych miejscach w slumsach, chociaż wcale nie musi. Cały czas chce, żeby jeszcze więcej i więcej dzieci przychodziło do Oratorium, bo, jak ciągle powtarza - nie przejmują go te dzieci, które już znają Bosconię, ale setki tych, które zostają w slumsach. 

Ja i Ania miałyśmy już kilka dni na tak zwane 'rozpoznanie terenu' i dzięki temu wiemy, jak to wszystko tutaj funkcjonuje. Pierwszego dnia poznałyśmy się chyba ze wszystkimi pracownikami - nauczycielami, sekretarkami, kucharkami, paniami przygotowującymi śpiewy, ogrodnikami, pracownikami biblioteki, instruktorami... Wszyscy chcieli nas poznać i przywitali nas tak, jak wita się członka rodziny z dalekiego kraju. Dzięki temu rzeczywiście poczułyśmy się tutaj jak w rodzinie i ta atmosfera pomaga nam przystosować się do tutejszej rzeczywistości. Ludzie tutaj są bardzo serdeczni i otwarci. Dzieci od samego początku się do nas przytulały, przybiegały zapytać jak mamy na imię, skąd jesteśmy i na ile zostaniemy w Peru. Dziewczynki zawsze pytają czy farbujemy włosy, dlaczego mamy niebieskie oczy i czy jesteśmy siostrami. Chłopcy z kolei pytają jakiej muzyki słuchamy i czy Polska ma swoją drużynę piłkarską. 

Powoli tez wdrażamy się w życie w Bosconii i swoje obowiązki. Na razie od poniedziałku do piątku od 8. 30 do 11.30 oraz od 14.30 do 17.30 razem z animatorami pomagamy dzieciom odrabiać lekcje. Ania przeważnie zajmuje się urwisami z primario, a ja uczniami z 4 i 5 secundario. Szczególnie ciekawie jest, jak trzeba wytłumaczyć dzieciom coś skomplikowanego po hiszpańsku, np. powstawanie kwasów i zasad albo obliczenie kilku niewiadomych z równania. Ja za wszelkie ułamki, równania i rachunki prawdopodobieństwa nawet nie biorę, dlatego dzieci przychodzą do mnie z angielskim. Niesamowite jest to, ze jak tłumaczę jednemu chłopcu jak poprawnie przeczytać tekst, zaraz obok niego siada kolejnych trzech i wszyscy razem powtarzają po kolei wyrazy, mimo ze to nie ich praca domowa. Gdy już w końcu któryś z nich wymówi 'such', 'they' albo 'we' (okazuje się, ze dla peruwiańskich dzieci to wcale nie takie proste) to sprawia im to taka satysfakcje (a mi tym bardziej), ze czasem nawet nie spieszy im się tak bardzo do grania w piłkę.

Tak wiec najwięcej radości przynosi nam praca z dziećmi, które wszędzie są tak samo cudowne, niezależnie od tego, czy mieszkają w slumsach, blokowiskach czy w bogatej dzielnicy. Wszystkie potrzebują miłości, uwagi i troski. I wszystkie z jeszcze większą siłą się za to odwdzięczają. Namalowaniem graffiti na przykład:)


Doris
Szok, szok i jeszcze raz szok! Szok kulturowy, krajobrazowy, klimatyczny, językowy i spowodowany niedowierzaniem, ze naprawdę tu jestem. Takie były moje pierwsze wrażenia ze zderzenia się z prawdziwym obliczem Peru.

Pewnie zastanawiacie się, jak wygląda to prawdziwe oblicze Peru (a przynajmniej tej części Peru) i czemu aż tyle emocji we mnie wywołuje. Otóż wyobraźcie sobie pustynie - ale nie taka saharyjska, złocistą, połyskującą w południowym słońcu. Wyobraźcie sobie wszechobecny piach z porośniętymi gdzieniegdzie trawami, czasem drzewami - z roslinnnością bardziej typowa dla sawanny. A teraz przefiltrujcie to przez wszystkie odcienie szarości, sepii i dodajcie mnóstwo różnokolorowych śmieci. Tak wygląda krajobraz tutaj. Ale to dopiero krajobraz. Musicie jeszcze dokleić do swojego obrazka 'domki' zrobione z wysuszonej rośliny przypominającej polska trzcinę albo z czegoś podobnego do betonu, które wyglądają jakby za chwile miały się rozlecieć. Możecie do tego dodać staruszka jadącego polem na osiołku albo pana z dzieckiem, wozem i stosem zeschłej trzciny na budowę nowego domu. Tak wyglądają przedmieścia i wioski na trasie z Limy do Piura.

W mieście jest trochę inaczej. Ale tylko trochę. Jest więcej betonowych domków (których standard nie odbiega jednak od tych na wsi), są nawet ulice, po których przemykają kierowcy niebiesko- i czerwono-żółtych moto-taxi. Moto-taxi to trochę nowocześniejsza wersja rikszy, jednak tak samo jak pierwowzór - napędzana silą ludzkich mięśni. W centrum miasta jest mercado, czyli tutejsza wersja bazaru, który niczym nie rożni się od tego afrykańskiego. W bogatszych dzielnicach są nawet nowoczesne sklepy, typu new look (sic!) czy supermarkety, w których można znaleźć europejskie produkty. Jednak obrzeża miasta to tylko slumsy, slumsy, slumsy i jeszcze raz slumsy.

Oglądając to wszystko zza szyby ekskluzywnego autobusu (peruwiańskie linie autobusowe są tak nowoczesne, ze polskie za 200 lat im nie dorównają - to jeden z irytujących kontrastów w tym kraju) czułam bezimienny smutek i niedowierzanie - jak to możliwe ze w jakimkolwiek miejscu na świecie jest takie ubóstwo. Większość ludzi myśląc o slumsach przypomina sobie hollywoodzkiego Slumdoga, a Peru kojarzy z Luz Maria. Ja czytałam Miasto Radości (powieść dokumentalna o indyjskich slumsach), oglądałam Miasto Boga (film o życiu chłopców z brazylijskich faweli), byłam na misjach w Albanii i myślałam, ze wiem jak wygląda skrajna bieda. Ale to, co zobaczyłam tutaj... Ten widok zweryfikował wszystkie moje dotychczasowe wyobrażenia.

No ale może od początku... Jak tu dotarłyśmy. Otóż, po 17-stu godzinach podroży samolotem, które spędziłam na słuchaniu Radiohead i czytaniu Wyznań gejszy [dzięki dziewczyny] dotarłyśmy wreszcie, z 3-godzinnym opóźnieniem do Limy. Po drodze miałyśmy nieplanowane lądowanie w Gujanie Francuskiej (powodem lądowania były problemy z toaletami, co prawda wolontariusz Mirek uświadomił nas później, ze żaden samolot nie ląduje w środku dżungli z powodu toalet, ale na szczęście my jako trzy dziewczyny ufające liniom Air France uwierzyłyśmy w oficjalna wersje)  Na lotnisku przywitała nas polska flaga, dzięki której szybko znalazłyśmy Mirka i chłopaków z domu Don Bosco w Limie, którzy po nas przyjechali.

W Limie spędziłyśmy dwa dni, które były nam potrzebne do złożenia wniosków o peruwiański dowód, dzięki któremu będziemy mogły zostać tu dłużej niż pół roku (na tyle dostałyśmy wizę na lotnisku). Lima to stolica Peru i jest najbardziej 'cywilizowanym' miastem tutaj. Pisze 'cywilizowanym', bo w europejskim znaczeniu tego słowa cywilizacja ma zupełnie inne oblicze. Miasto jest pogrążone w jednym wielkim chaosie, wszędzie dookoła słychać trąbienie samochodów, widać ludzi chodzących miedzy samochodami i sprzedających przekąski, koreańskie busiki i autobusy, które zmieniają pasy ruchu z prędkością światła i taksówki mijające pieszych w odległości kilku centymetrów. Zabudowania i różnokolorowe budynki, z których każdy wygląda jakby znalazł się obok drugiego przypadkiem, tylko pogłębiają wrażenie nieuporządkowania i braku logiki, którymi Lima jest przesiąknięta. Pomimo 14-sto godzinnej podroży autokarem, który miał nas dostarczyć do Piura, ja i Ania ucieszyłyśmy się bardzo, ze możemy już to miasto opuścić.