Doris

To był zwykły piątkowy dzień w estudio dirigido. Całkiem nawet spokojny jak na tutejsze warunki. Dopóki jedna z animatorek nie przybiegła po klucze do naszego oratoryjnego biura, bo potrzebowała alkohol etylowy dla jakiegoś chłopaka. Oczywiście nie miałam zielonego pojęcia co się mogło stać. Wszystkie dzieci były już na gorze w jadalni, a w oratorium została tylko grupa taneczna. Pomyślałam, ze może któryś z nich nabawił się jakiejś kontuzji.

Antony wpadł do biura, zabrał watę i alkohol i wybiegł. Okazało się, ze trzeba było ocucić jednego ze stałych bywalców Bosconii. Celowo nie chce tu używać jego imienia. Nazwijmy go Żołnierzem. Taki zresztą wykonuje zawód. Tak wiec Żołnierz ledwo trzymał się na nogach. Była przy nim jego dziewczyna i kilku animatorów, którzy w porę zrozumieli, ze coś z nim nie tak. Stracił przytomność. A może raczej należałoby powiedzieć ze miał zapaść. Pytałam go, co się stało.
-Chcesz wody? Jadłeś coś dzisiaj?
-Wody.
Biegnę po wodę, przynoszę krzesło.
-Pij. Ale co się stało?
-Połknąłem 30 tabletek.
-Jakich tabletek? Co Ty w ogóle do mnie mówisz?
W tym momencie mamrocząc zaczął mi wymieniać nazwy tabletek, a jego dziewczyna z martwym smutkiem w oczach potwierdziła kiwnięciem głowy, ze to wszystko prawda.

W pierwszej chwili w ogole nie mogłam poskładać faktów. Wiedziałam, ze Żołnierz ma trudną sytuacje w rodzinie. Ze granie na perkusji w zespole na niedzielnych Mszach, to tylko jedna z jego odsłon. Ta lepsza. Pamiętałam, jak przychodził do Bosconii i pytał się, czy mogę mu dać coś zjeść. Gdy go poznałam, jego twarz już na pierwszy rzut oka mówiła, ze ma skomplikowane życie. Ale czy na tyle, żeby połykać 30 silnych tabletek? Nie mogłam uwierzyć, ze chciał ze sobą skończyć.
Po chwili siedział na krześle w naszym oratoryjnym biurze i próbował dojść do siebie. Łapał się za brzuch i skręcał z bólu albo odchylał głowę do tylu i odpływał. Galki oczne prawie wyskakiwały mu na wierzch  razem z każdym skurczem ciała albo uciekały gdzieś pod ciężkimi powiekami. Ja wypytywałam jego dziewczynę, przekonywałam, ze trzeba go zaprowadzić do szpitala, ze muszą mu zrobić płukanie żołądka. Ona powiedziała, ze wie, ze wcześniej było jeszcze gorzej. Ze już byli w szpitalu, bo to się stało przedwczoraj.

Ronald namawiał go, żeby szedł do domu.
-Ja nie mam domu.
W końcu ktoś powiedział, ze może lepiej żeby wyszedł na zewnątrz, tam jest więcej powietrza.
-Tak, chce umrzeć na zewnątrz.
Nie mogłam tego słuchać.
-Zamknij się. Myślisz ze Twoja dziewczyna chce czegoś takiego słuchać? Myślisz ze ktoś z nas chce? Może dla Ciebie Twoje życie nie ma wartości, ale dla nas tak.
Z pomocą swojej dziewczyny i Ronalda wyszedł na zewnątrz. Zaczął się z nim kłócić jego przyjaciel. Próbował mu chyba wytłumaczyć, jakim głupkiem jest robiąc takie rzeczy. Ale to nie był czas na takie porywcze rozmowy. Żołnierz nie mógł nawet stanąć na nogi o własnych silach.
Jego dziewczyna i Ronald próbowali go wyprowadzić z Bosconii i natknęli się na brata Raula. On zareagował szybko i skutecznie. Pobiegł do Centro Medico, chociaż było już zamknięte i zaraz znalazł się tam Żołnierz, jego dziewczyna i Ronald.

Ja musiałam zostać w oratorium i pilnować wyjścia. Dziś przypadał mój dzień. Po rozmowie z Anią dowiedziałam się, ze Żołnierz dostał miesięczne zwolnienie z armii, bo ma słabe serce.  Zrozumiałam, ze to może być główny powód jego próby samobójczej. Przecież jeszcze kilka dni temu z nim rozmawiałam. Mówił, ze ma przydział daleko od Piura i nawet chciał z tego powodu zerwać z dziewczyna. Chociaż bardzo ja kochał, to jeszcze bardziej kochał walczyć. To, ze służył w armii... To była jedna z niewielu rzeczy, z której mógł być dumny. Bo raczej nie z rodziny, która była rodziną tylko z nazwy. Ojciec mieszkał oddzielnie, a matka z jego przyrodnią siostrą oddzielnie. On nocował raz tu, raz tam, czasem wolał w ogóle nie wracać na noc do domu. Z tego skąd pochodził i gdzie się wychował tez raczej dumny być nie mógł. Nueva Esperanza - dzielnica slumsów. Co drugi dom z trzciny, co przecznica banda chłopaków okradających przechodniów. Palące słonce, śmieci i biegające psy. Zakratowane sklepiki, postoje mototaxi i miejscowe speluny ze stolikami przykrytymi ceratą.

Wytłumaczyłam to sobie po swojemu. Marzenia Żołnierza legły w gruzach. Wolał wiec połknąć 30 tabletek niż być znów tylko szarym człowiekiem ze slumsów. Mimo ze miał piękną i opiekuńczą dziewczynę, przyjaciół, ludzi, do których zawsze mógł się zwrócić o pomoc. I pewnie spory bagaż problemów i za dużo myśli w głowie. To tak jak z Magikiem z Paktofoniki. Magik tez miał żonę, małego synka. Dlaczego skoczył z 13 pietra w II Dzień Świąt Bożego Narodzenia? Bo czul, ze się wypalił. Wolał umrzeć jako artysta z długopisem i zeszytem w reku. Jasne ze powód mógł być był całkiem prozaiczny. Nie miał za co kupić prezentu świątecznego swojemu synkowi. Miał paranoje. Manie doskonałości. Wypalony ziołem mozg.
Nigdy śmierć czy próba samobójcza nie ma dostatecznie dobrego uzasadnienia. To największa głupota, jaką człowiek może zrobić. Zycie - jakie by nie było, ma przecież niewyobrażalnie wielka wartość samo w sobie. A samowolna śmierć to zamkniecie sobie drogi do szczęścia - i tego na ziemi i tego wiecznego. Ale czy tacy ludzie jak Żołnierz albo Magik nie dają nam do myślenia? Tacy, który wolą umrzeć niż żyć bez marzeń?  Którzy wola umrzeć niż poddać się myśleniu szarej większości, która martwi się tylko o codzienny chleb? Tej większości, która zatraciła już dawno swoje ideały i marzenia, bo nie chciało jej się ruszyć dupy z wygodnej wersalki?  Tej większości, która wybrała "łatwiej" zamiast "głębiej"?

Żołnierz się pogubił. Popełnił błąd. Ale walczy. Ze światem i ze sobą. A Ty? Co robisz ze swoim życiem? Odnalazłeś już szczęście? Czy w ogóle go szukasz? Czy jesteś dumny, z tego kim jesteś? Czy w ogóle kiedyś zamierzasz być?

Magik w swoim zeszycie, który zostawił na biurku zanim wyskoczył z okna napisał: "Nie poddawajcie się, walczcie". Kurde ludzie nie poddawajcie się. Walczcie. O marzenia. O szczęście. O Boga. O siebie. O rodzinę. O świat. O miłość. O wiarę. I bójcie się tylko niespełnionego życia. 

Doris
„Tu z wami czuję się dobrze, moje życie – to przebywanie wśród was”
 Św. Jan Bosko

Te słowa Janka Bosco tak dobitnie oddają rzeczywistość misyjną. Moje życie to przebywanie wśrd Was - wśród Was, czyli dzieci i nastolatków przychodzących do estudio dirigido. Wsród Maydeisona z zaawansowanym ADHD i oczami większymi niż moje, wśród rozkrzyczanych bliźniaków Jean Pierra i Jean Paula, do których trzeba mieć więcej cierpliwości niż do drużyny piłkarskiej urwisów. Wśród nieśmiałej i ciągle uśmiechniętej Kelly, wśród nastoletniej Marivi, która w listach zapewnia ze na pewno umrze jak wrócę do Polski, wśród obrażającej się albo kupującej mi lizaki o smaku marakuji Mariany.


Wśród Was, czyli także wśród animatorów - tych młodych ludzi, którzy przychodzą pomagać, a często sami maja więcej problemów niż dzieci, którym wyjaśniają zadania, organizują zabawy, mówią katechezy. Ich historie są tak rożne jak oni sami. Jednego z nich wychowuje tylko ojciec. Drugi dorasta w ułożonej rodzinie, dopóki jego idealny świat nie zostaje zburzony przez odkrycie, ze ojciec zdradza matkę. Trzeci ma "normalną" rodzinę, ale to nie uchroniło go przed zadawaniem się z "vagos", czyli członkami dzielnicowych gangów okradających ludzi i biegających z pistoletami albo nożami. Niektórzy wstydzą się swojej przeszłości, inni patrzą niepewnie w przyszłość.
To życie na misji to przebywanie wśród młodzieży trudnej, której ja uczę się 7 miesięcy i ciągle mam braki. Wśród młodzieży, która zauważa wszelkie przejawy niekonsekwencji, niesprawiedliwości, która wyraźnie zaznacza swoja obecność krzykiem, czasem arogancja i dystansem, a czasem podejściem i przytuleniem się. Wejść w świat młodzieży to wejść świat boleśnie autentyczny, świat buntu i ideałów wrzących nieustannie w gorącej lawie aktywnego wulkanu, który w każdej chwili może eksplodować. To wejść w świat, w którym na nowo trzeba poukładać sobie puzzle, bo niektóre kawałki wcale nie leżą tam gdzie powinny.

Tak więc moja obecność tutaj to nie tylko tłumaczenie tekstów z angielskiego, szukanie przykładów środków stylistycznych po hiszpańsku i wyjaśnienie działań na zbiorach. Nie tylko prowadzenie modlitwy, pilnowanie porządku. Nie tylko przygotowywanie refresco i rozdawanie ciastek podczas meriendy. Nie tylko chodzenie z dzbankiem wody w jadalni i przekrzykiwanie sześćdziesiątki czy siedemdziesiątki dzieci. Nie tylko tłumaczenie, dlaczego trzeba przychodzić do kościoła w niedzielę. To przede wszystkim spotkanie z człowiekiem. Z cynicznym chłopcem emo albo zbuntowanym hip-hopowcem. Ze słodką podobizną Penelope Cruz lub jej krnabną kolezanką. Spotkanie, które czasem wyzuwa z Ciebie energię do cna, a czasem dodaje Ci takiego powera, że myślisz, że naprawdę da się zmienić świat - już, teraz, w tej chwili. Spotkanie, które pozwala Ci zobaczyć więcej, wyjść poza schemat budowany skrupulatnie przez ludzi dorosłych – tych podobno "dojrzałych". Spotkanie, które pozwala Ci zrozumieć, dlaczego jesteś tu, a nie gdzie indziej. Dlaczego wybrałeś właśnie tę drogę, a nie inną.
Fokus:
Były różne sprawy, dotknęły mnie aspekty
Problem był konkretny, do dziś widzę efekty
I widzę więcej, wiem więcej, tak to jest mniej więcej
Uczę się sztuki życia (...)
Magik:
Tymczasem po głowie chodzą mi słowa w parze
Raz, że lubię to robić, a dwa, że
Kiedy to robię widzę uśmiechnięte twarze,
A to właśnie jest Everest moich marzeń
To właśnie jest Everest moich marzeń
 (fragmenty kawalka Paktofoniki „C.D. Kinematografii”)

Doris
Wielki Post w Peru, tak jak i w innych krajach nie był okresem bardzo różniącym się od innych. Głośna muzyka na ulicach i słynne niedzielne "borachady" (u nas by się pewnie powiedziało kulturalnie "przyjęcia", mniej kulturalnie - po prostu domowe popijawy) nie zniknęły cudownie na te 40 dni, które z założenia powinny być czasem wyciszenia i refleksji. 

W Wielkim Tygodniu nasi animatorzy codziennie przygotowywali się do Zmartwychwstania - jedni tańcząc, a drudzy odgrywając sceny z Męki Pańskiej. Tak wiec codziennie dało się słyszeć głośne pokrzykiwania i muzykę puszczana na cały regulator lub tez widzieć Francisco (katechista), maszerującego przez slumsy z krzyżem, który przynosił codziennie z domu na potrzeby inscenizacji. Wszystko po to, żeby w Wielki Piątek odegrać "Żywą Drogę Krzyżową", a w Wielka Sobotę powitać Zmartwychwstałego Jezusa tradycyjnym tańcem z ogromnym krzyżem z palmy na wejściu. Marinera tez była, ale peruwiańska wersja krakowiaka tańczona przez dziewczyny w rażąco pomarańczowych sukniach i chłopaków ze słomkowymi sombrero i szablami zrobiła o wiele większe wrażenie.

Po pokazach tanecznych było oczywiście ognisko, nie tylko te rozpalone na potrzeby poświecenia ognia, ale także takie dla młodzieży. Atmosfera - iście salezjańska, chociaż salezjanie ograniczyli się w swojej obecności tylko do grania na gitarze. Za to katechiści z bierzmowania stanęli na wysokości zadania i rozkręcili towarzystwo do granic możliwości. Były dynamiki, tance, przeciąganie liny i walka płci na piosenki. Poprzeczka była wysoka, bo przecież wprawić młodzież w dobry nastrój bez grama alkoholu to nie lada wyczyn. 

Tak wiec wśród tego radosnego przezywania Wielkiego Tygodnia wydawało się, ze może chociaż wielkoczwartkowa pielgrzymka do 7 kościołów - zwana w Piura "Visita a las Siete Iglesias" będzie czasem chwilowej zadumy. Nic bardziej mylnego. Chodzenie z grupa młodzieży od jednej parafii do drugiej żeby pomodlić się przy wystawionym tego dnia we wszystkich kościołach Najświętszym Sakramencie może w teorii brzmi dobrze, ale w praktyce, jest tylko "pajacując" jak to trafnie określiła Senora Mary. Szczytem tej pajacady było robienie na środku jakiegoś dużego placu "bakity" już po 12 w nocy. Bakita to dynamika, w której naśladuje się krowę kręcącą głową i ogonkiem przy wtórze piosenki o niej samej. I to ona, nie tam żadna wielkopostna piosenka, była hymnem przewodnim tej pielgrzymki, czy może raczej wycieczki trwającej od 22.30 do 3 w nocy.

Jedynym dniem, w którym można było poczuć istotę Wielkiego Tygodnia był Wielki Piątek, a właściwie samo popołudnie, podczas którego ulicami slumsów chodziła żywa droga krzyżowa. Ja wcieliłam się w postać Marii Magdaleny, dlatego te 2 godziny były dla mnie przeniesieniem się do innego świata. Świata uczuć i emocji tej wrażliwej kobiety, dla której Jezus był Mistrzem, Nauczycielem, Przyjacielem i jedynym mężczyzną, który ją zaakceptował taką, jaka jest. 

Maria Magdalena to przecież nawrócona grzesznica. Kobieta, którą przed spotkaniem Jezusa bala się spojrzeć w lustro, nie patrzyła ludziom w oczy, bo nie chciała zobaczyć w nich potępienia i wzgardy. Jej życie było pasmem grzechu, stale powtarzanego i niezmiennie znienawidzonego. A jednak to ona staje się ikoną świętości. To Maria Magdalena - chyba jako jedyna - pożegnała się z Jezusem przed skazaniem go na śmierć, oblewając mu stopy łzami i namaszczając olejkiem. To ona na drodze krzyżowej towarzyszyła Matce Jezusa, to ona stała pod krzyżem przy Jego Śmierci. To dzięki niej świat dowiedział się o Zmartwychwstaniu. To ona pierwsza w nie uwierzyła. 

Patrząc na mękę Chrystusa z perspektywy Marii Magdaleny, to patrzeć inaczej, głębiej. Maria Magdalena idzie z Jezusem i razem z Nim niesie krzyż swojej przeszłości, dźwiga na ramionach ciężar swoich grzechów. Ona poznała smak zhańbienia i upodlenia. I dlatego mocniej potrafi zjednoczyć się ze swoim Nauczycielem w Jego męce. Maria Magdalena patrzy na wykrzywioną z bólu twarz Jezusa, na krwawiące i poranione ciało, na wbijające się w Jego głowę ciernie. Spogląda na bolesną twarz Maryi i podtrzymując jej bezwładne z cierpienia ciało, niemalże wyczuwa rozrywające się gdzieś pod skorą matczyne serce. Maria Magdalena cierpi potrójnie - za siebie, za Jezusa i za Maryję. Nie może znieść widoku ludzi, którzy cieszą się ze skazania jej Mistrza, którzy mijają Go obojętnie, jakby był tylko nic nieznaczącym złoczyńcą prowadzonym na śmierć.

Sylwetka Marii Magdaleny jest dla każdego z nas niesamowitym przykładem na to, ze z najgłębszego nawet dna można się podnieść i unieść się o siedem poziomów wyżej. Ze każde ludzkie życie, nawet po utracie człowieczeństwa, da się zmienić. Maria Magdalena dzięki temu, ze Jezus wybaczył jej dużo, jeszcze bardziej potrafiła docenić Jego nieskończoną i BEZwarunkową Miłość. I to właśnie dzięki Tej Miłości odnalazła drogę do lepszego życia.


https://picasaweb.google.com/100764578938696738910/Pasja

Doris

Gdy zbudzi nas dźwięk potłuczonego szkła
Mamy coś, czego nie zabiorą nam
Gdy wzrok przysłoni gęsta mgła
Mamy swoje skarby - mamy coś, czego nie zabiorą nam...
Liber, Skarby

Czy tęsknota ma jakieś granice? Czy można już tęsknić tak bardzo, ze system zacznie wariować, zresetuje się i będzie znów miał pełno miejsca na dysku? Tak żeby od nowa zapełnić go odświeżanymi setki razy wspomnieniami, niezapomnianymi migawkami z przeszłości, aż do następnego kryzysowego zawirusowania się?
Czy wiesz, co może czuć osoba, która na sam widok twarzy ukochanych osób uśmiechających się ze zdjęć wybucha płaczem? Czy znasz to uczucie, w którym nie cieszy Cie już nic i wydaje Ci się, ze nawet słonce które świeci nie jest prawdziwe, bo prawdziwe świeci gdzieś na drugiej półkoli?
Czasem ta tęsknota jest jak zabawa szklaną kulą na drewnianej podstawce, którą się nakręca jak pozytywkę. Podnosisz kule, pokręcasz kluczykiem i słuchasz tej dobrze Ci znanej melodii. Potrząsasz kulą, patrzysz jak tańczą w niej srebrzyste kawałeczki ozdobnego papieru. I przyglądasz się obrazom wewnątrz kuli. Najpierw parze siedzącej na dachu bloku i oglądającej zachód słońca. Później tej samej parze, gdzieś nad jeziorem, na kajaku, na ławce, w kaplicy. Parze spacerującej po plaży ze słońcem na skroniach, parze biegnącej przez ulewny deszcz. Parze tańczącej na ulicy, parze oglądającej gwiazdy w samym środku betonowego osiedla, parze puszczającej latawce na wielkiej łące.
Potem widzisz tez uśmiechniętą twarz mamy, tatę opowiadającego kolejny kawal, młodziutką i wiecznie zamyśloną twarz młodszego brata, zaciętą i wyrazistą twarz tego, który urodził się 2 lata po tobie... Pomarszczoną i zarumienioną jak domowy rogalik twarz babci. Potrząsasz mocno i pojawiają się kolejno twarze Twoich przyjaciół. Przyjaciółek z dzieciństwa, z piaskownicy. Tych poznanych trochę później, w wyjątkowych okolicznościach. Tych dalekich i tych bliskich. A także twarze ludzi, którzy zmienili Twoje życie.
Ta szklana kula czasem wywołuje uśmiech. Czasem niewypowiedzianą radość. Czasem strach przed utratą. Czasem płacz. Razem z potrząśniętymi srebrzystymi fragmencikami tańczą emocje, pragnienia, tęsknoty... Z tej perspektywy wszystko wygląda pięknie, ale jest takie niedostępne. Szklana ściana nie pozwala Ci nawet poczuć ciepła ludzkich dłoni. Jest nieugięta. Czasem się na nią wkurzasz. Niecierpliwisz się. "Kiedy to ja będę mógł być częścią tego świata?". Ale ostatecznie znów stawiasz szklaną kule w honorowym, dobrze widocznym miejscu. Przecież ta kula to wszystko, co masz...

Doris
04/03 Big Brother w dżungli

Dżungla wciąga. Wciąga jak pierwszy tatuaż. Gdy już przełamiesz swój lek przed nieznanym, chcesz więcej i więcej.  
Na początku bałam się wejść na łódkę. Wydawała się wywrotna, niestabilna i w dodatku trzeba było na nią wsiąść prosto z pomostu stąpając po cienkim czubie. To jedna z tych długich lodek przypominających trochę weneckie gondole, tyle ze z silnikiem motorowym.  Później było już mi wszystko jedno. Usiadłam nawet na samym czubie. Wszystko po to, żeby jak najlepiej chłonąc te cudowne widoki mijane po drodze.
Płynęliśmy ekipą polsko-peruwianską. Nadworny sternik parafialny ze swoja rodziną, ja, Ania i Sylwia. Najpierw przecięliśmy ołowianą Maranon wzdłuż brzegu San Lorenzo. Potem wpłynęliśmy na wody o innym zabarwieniu, coś pomiędzy ciemnozielonym a granatowym. Był to dużo węższy dopływ Marañon, który poprowadził nas wgłąb dżungli.

 Na brzeg wyszliśmy w wiosce Santa Rosa. Tam nasz przewodnik zaprosił nas do lokalnej wiejskiej "knajpki" na... masato. Masato to słynny napój Amazonii i postrach turystów. Robią go kobiety, które przeżuwają liście juki i wypluwają przeżutą zawartość do naczynia. Dzięki temu wstępny proces fermentacji masato ma już za sobą i szybko dojrzewają w nim procenty. Dzięki Bogu nie musiałam oglądać tego procesu. Wystarczył mi widok gotowego, budyniowo-zielonkawego koktajlu w plastikowej miseczce. Sylwia - jako tutejsza, wypiła bez wahania całą miseczkę. Ja zdobyłam się na dwa łyki. To i tak wielki wyczyn, zważywszy na obecność obserwatorów, czyli kobiety, dzieci i kilku mężczyzn z twarzami wpatrzonymi w trzy gringi wizytujące ich wioskę. Nie wypadało przecież zrobić żadnej skwaszonej miny po zasmakowaniu tego amazońskiego wynalazku. A - uwierzcie mi - wiedząc, co musiały przeżyć liście juki żeby ostatecznie uzyskać taka konsystencje - nie jest to łatwe. Na szczęście nasz sternik zaproponował nam obejrzenie papugi i tym samym uwolnił nas od wlepionych w nas indiańskich oczu.

 Dalszą drogę przebyliśmy dalej rzecznym labiryntem. Przebijając się przez wąskie przesmyki, gdzie robiło się ciemniej i trzeba było schylać głowę pod gałęziami i linami, dotarliśmy do wioski San Juan. Tam zastaliśmy mieszkańców debatujących w kaplicy nad  zorganizowaniem wielkanocnej fiesty. Oczywiście nie mogło przy tej rozmowie zabraknąć masato. Wioskowy animator (rangą przypominający sołtysa) - w tym wypadku śmieszny pan ze złotą koronką na przednim zębie, czul się w obowiązku zabawiać nas jako gości. Mówił na przykład, ze zawsze go to zastanawia- jak to możliwe, ze w Polsce wszyscy są biali? Ja w tym samym momencie zastanawiałam się, co ja robię wśród Indian, ale wszystkim widać udzielała się międzykulturowa atmosfera. 
W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o jezioro Aripari i wróciliśmy do San Lorenzo. Popołudnie spędziłyśmy już na stałym gruncie, w przytulnym domku misji salezjańskiej. Ale dżungla nie dala o sobie zapomnieć. Przyszła pora na deszcz, który był dla nas takim zjawiskiem, ze wmurowało nas w chodnik. Stałyśmy i patrzyłyśmy jak zaczarowane. 

Deszcz równikowy. Jego nadejście zwiastuje jedynie upiorny upal, który parę godzin przed daje  się we znaki tak, ze czujesz się jak uwieziony w środku wielkiego parowaru. Polskie "oberwanie chmury" to nic w porównaniu z tym, co dzieje się, gdy zaczyna padać w selwie. W ciągu 3 sekund deszcz przeradza się w lejącą się z nieba ścianę wody, której jest tak dużo, ze wszystko momentalnie robi się szare. Wydaje ci się, ze patrzysz przez mgle, a to tylko spadające krople zlewają się w jedna całość i zaburzają przejrzystość widzenia. Wysokie i potężne palmy pod wpływem naporu wody i podmuchów wiatru machają się jak cieniutkie chorągiewki. A domy z dachami ze strzechy, wyglądające jak w bajce "Trzy świnki" jak stały, tak stoi. Dżungla naprawdę kryje w sobie wiele tajemnic.  

7/03 Góralu, czy ci nie zal

Jeszcze nie zdążyłam do końca uwierzyć w to, ze naprawdę jestem w dżungli, a już trzeba odpływać. Przypomina mi się śpiewana przez lokalnego indiańskiego grajka-organistę pieśń wielkopostna na melodie "Góralu, czy ci nie zal, góralu wracaj do hal..." Tak, bardzo mi zal. Przez te kilka dni zdążyłam zakochać się z dżungli. Nie wiem, czy przez to, ze tak bardzo różni się od pustynnego Piura. Czy może dlatego, ze życie toczy się w niej spóźnione o kilka rewolucji technologicznych. Czy może dlatego, ze pozostała jeszcze dzika, nieodkryta, niedostępna dla przeciętnego przybysza, kryjąca w sobie wiele tajemnic, a przez to jeszcze bardziej fascynująca? Czy może dlatego, ze jest w niej jeszcze tyle do zrobienia, a jej mieszkańcy rzeczywiście potrzebują pomocy?

Od wczoraj płyniemy lancha do Yurimaguas. Lancha to statek, który przypomina raczej wielki zardzewiały kuter rybacki. Na lanchy można znaleźć wszystko. Pod pokładem towary przemysłowe, o istnieniu których lepiej nie wiedzieć (na przykład wczoraj przed odpłynięciem robotnicy wyciągali z niej tony ciężkich, metalowych 3-metrowych prętów). Na górnym pokładzie ludzie ze swoimi bagażami i rozwieszonymi hamakami.

Nie było by w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, ze Peruwiańczycy rzadko podróżują sami. I tak na przykład pewien pan w średnim wieku załadował się na lanchę razem z dwoma synami i trzema indykami związanymi za pazury. Młode małżeństwo jako maskotkę dla rocznego dziecka zabrało ze sobą na pokład małą czarna małpę. Ktoś tam wziął w podroż papugę, ktoś inny cala gałąź bananów lub kosz innych owoców, jeszcze ktoś na przykład magnetofon żeby bron Boże nie rozstawać się z muzyka. Wszystko po to, by umilić sobie i innym pasażerom podroż. 

Lancha wiec na te 24 godziny rejsu zamienia się w statek towarowy, przedszkole, zoo i dom wypoczynkowy w jednym. Dla przybysza z Europy podroż takim statkiem to niezapomniane przeżycie. Samo spędzenie tylu godzin w hamaku to nie lada wyczyn. W hamaku jesz, spisz, odpoczywasz, czytasz książkę, piszesz, słuchasz muzyki. Z hamaka patrzysz na rzekę, biegające po pokładzie dzieci, karmiące piersią matki, na skrzeczącą papugę i zajadające się bananami małpę. Hamak to twój bujany fotel, łózko, biurko, jadalnia, sypialnia i salon w jednym. Może być jedynym schronieniem przed wlepionymi w Twoja białą twarz oczami indiańskiej dziewczynki. Albo zamienić się w przytulny, chociaż trochę niewygodny kokon na czas zimnej i deszczowej nocy na rzece. 

Hamak to Twój najlepszy przyjaciel na lanchy. Chyba ze masz kogoś takiego jak Ania, kto nie tylko opanował umiejętność ekspresowego obierania pomarańczy bez noża, ale jest tez Aniołem Stróżem, mamą, siostrą, bratnią duszą, powierniczką i towarzyszką w jednym. Wtedy hamak to tylko kolorowy dodatek. 

Doris
Amazońskie Hawajki i katoliccy szamani

Jeszcze parę miesięcy temu, gdyby ktoś mi powiedział, ze będę w dżungli, to postukałabym się w głowę i popatrzyła z politowaniem na owego delikwenta. Ja, która panicznie bałam się malarii i nie cierpiałam wszelkiego robactwa miałabym z własnej woli pojechać do dżungli?  A teraz - ubieram kalosze, długie spodnie, kapelusz, biorę aparat i spaceruję po zabłoconych drogach San Lorenzo.
Im dalej od "nieco ucywilizowanego" placu głównego, tym bardziej ma się wrażenie, ze świat się tutaj zatrzymał. Gdyby nie ludzie ubrani "po europejsku", wszystko wyglądałoby jak wycięte z czasów sprzed Kolumba. Te ich domy kryte strzecha, lodki wystrugane z grubego pnia, kobiety noszące dzieci w chuście i piorące w rzece, kury biegające po podwórkach...

To wszystko jest takie fascynujące. To, ze mogę sobie spacerować brzegiem dorzecza Amazonii. Ze stąpam po rdzawo-czerwonej, a nie czarnej ziemi. Ze mijam po drodze ludzi o czekoladowych twarzach - z wydatnymi ustami, płaskim nosem i oczami w kształcie migdałków. Ze przy każdym z domków o liściastym zadaszeniu stoi drewniana peke-peke  z małym owalnym wiosłem. Ze dziewczynki noszą na głowach kosze z owocami wyglądającymi jak fasolka szparagowa, a chłopcy dźwigają cale gałęzie zielonych bananów. 
Do tego te niesamowite historie opowiadane przez księdza Diego z Ekwadoru (to ten misjonarz z żyłką zamiast gumki do włosów) i innych "tutejszych", które ciągle chodzą mi po głowie... O tym, jak odwiedzać indiańskie społeczności, żeby nie przywitało cie dwudziestu mężczyzn z napiętymi lukami, o tajemniczej roślinie ahuayasca, po której ma się wizje przeszłości i przyszłości. O samotnie podróżujących Indiankach, z którymi nie można rozmawiać . O zabijaniu szamanów albo białych turystów, którzy nie chcieli pokazać paszportów, wiec uznano ich za pelacaras - ludożerców spadających na Ziemie razem z gwiazdami.
O samych tylko plemionach żyjących z departamencie Loreto można by słuchać i słuchać. Kandozi, Quechua, Achual, Wampis, Sharpa, Awayun, Chayahuita, Shiwilo... Każde z nich ma swoje tradycje, zwyczaje, przesądy, swój język, styl bycia i sposób na przetrwanie. Oczywiście nie żyją już tak, jak ich przodkowie. Jako mówi ksiądz Roman - nie zastaniesz ich codziennie tańczących wokół ogniska, a pióropusze zakładają tylko od święta. Żyją co prawda dwa plemiona, gdzieś przy granicy z Brazylią, które do tej nie porzuciły stylu życia sprzed setek lat. Należący do niech Indianie dosłownie uciekają przed cywilizacją. Gdy ktoś namierzy ich osadę, zmieniają miejsce zamieszkania. To o nich pisał Cejrowski w jednej ze swoich książek. 
My nawet nie marzyłyśmy o tym, żeby dotrzeć do dzikich plemion z wymalowanymi twarzami i zatrutymi strzałami przewieszonymi przez ramie, ale udało się nam spotkać kilku Indian z plemienia Kandozi. Kobiety szczególnie rzucają się w oczy, bo maja grube czarne długie włosy z obciętą na prosto grzywka a'la Kleopatra i kwieciste sukienki o wszystkich kolorach tęczy. Wyglądem przypominają raczej Hawajki, ale są zdecydowanie bardziej otyłe. Gdy się uśmiechają, prezentują się tak pięknie jak kwiaty na ich sukienkach. I chyba o tym wiedza, bo nawet ruszają się tak, jakby były stworzone tylko do podziwiania. 
Kandozi i większość plemion żyjących w Amazonii to "ucywilizowani" Indianie.  Cześć z nich przyjęła religie katolicka, dlatego ich wioski  są celem wypraw misjonarzy pracujących w dżungli. W departamencie Loreto, każdy z nich ma wydzielony obszar. Ksiądz Diego na przykład, aby dotrzeć do swojej parafii, musi płynąc kilka dni lodka, a potem przedrzeć się piechota przez dżunglę, co z reguły zajmuje mu 8 dni. Ksiądz Józek z kolei, aby odwiedzić lokalne wspólnoty udaje się w trzytygodniowe wyprawy, pływając od wioski do wioski. 
Po miesięcznym jedzeniu konserw z chęcią wraca do San Lorenzo, gdzie co jakiś czas organizowane są kursy dla animatorów. W każdej katolickiej społeczności w dżungli jest animator, który w zastępstwie księdza ewangelizuje, przygotowuje do sakramentów, odprawia Liturgię Słowa. W indiańskiej hierarchii animator znaczy tyle, co dawny szaman. Indianie wierzą bowiem, ze dopóki człowiek nie jest ochrzczony, mieszka w nim diabeł. Chrzest stal się wiec czymś w rodzaju magicznego obrzędu, który wypędza złe duchy. A ze do Chrztu przygotowuje animator, nie można mu odmówić iście szamańskiej profesji. 

Doris
29/02 Grillowane banany i kokosy ze słomką

Yurimaguas. Wioska, czy może raczej miasteczko rybackie położone nad rzeka Haullaga, czyli nad jednym z dorzeczy Amazonii. To punkt wylotowy podróżujących oraz tych, którzy chcą dostać się wgłąb dżungli.
Dotarłyśmy tam z Ania około 13-stej. Ponieważ nie było już miejsca na busa Gilmer Tour, pojechałyśmy samochodem osobowym. Kierowca pokonywał górskie zakręty z taka szybkością, ze to było najgorsze 2,5 godziny jakie spędziłam kiedykolwiek w samochodzie. Na samo wspomnienie tej drogi do tej pory kreci mi się w głowie. Nawet widoki w postaci zbocz górskich porośniętych gęsto roślinnością z niewypływającymi wprost z litej skały strumykami nie rekompensować tej zabójczo pokręconej trasy.

W Yurimaguas zatrzymałyśmy się w hostelu, który mieścił się w samym środku mercado. Żeby tam wejść musiałyśmy wiec minąć stertę śmierdzących skorek od bananów, stragany z górami rzeczy wszelkiej maści i pochodzenia oraz panie odganiające muchy od swoich wyrobów. Ponieważ wolałyśmy nie spędzać dużo czasu wśród tych wątpliwych atrakcji, cale popołudnie szlifowałyśmy chodniki w celu rozejrzenia się po okolicy. Obiad zjadłyśmy w chińskiej knajpce, która jako jedyna w całym miasteczku wydawała się godna zaufania. W dodatku już na wejściu zobaczyłyśmy na szklanym ekranie mecz Polska - Portugalia, co uznałyśmy za dobry znak. Oglądanie biało-czerwonych koszulek naszych piłkarzy w środku Peru nie  mogło nie wywołać w nas nostalgii za ojczyzna. Na szczęście szybko się otrząsnęłyśmy i po kurczaku w cieście mogłyśmy dalej kontynuować nasze rozeznanie terenu.

Tak trafiłyśmy do portu. Spacerując wśród błota, chatek ze strzechami, mijając długie drewniane lodzie ze spiczastymi dziobami, nie do końca chciało się nam wierzyć, ze naprawdę tu jesteśmy. Nie zdążyłyśmy jeszcze przyzwyczaić się do widoku rdzawo-kawowej rzeki i bujnych drzew porastających cały horyzont. A tu jeszcze port rodem z XIX wieku.
Jakby tego było mało, późnym wieczorem Padre Józek zabrał nas na kolacje na... ulice. Dosłownie. Zajęłyśmy miejsce przy jednym ze stołów z jasnym obrusem ustawionych na rogu ulicy. Pani o indiańskich rysach podała nam miejscowy przysmak, czyli cecine z tacacho. Cecina to plaster wędzonego mięsa smakiem przypominający polska polędwicę na gorąco. Tacacho to pulpety z grillowanych bananów, które jedna z pan zagniatała rekami, rozbijając je najpierw drewnianym tłoczkiem. Do picia cebada, czyli sok z pszenicy i naprawdę możesz poczuć się jak w peruwiańskiej selwie. Nie wiem, co bardziej mnie przekonało - obrane kokosy ze słomka sprzedawane blisko portu czy pulpety z bananów, ale ostatecznie dotarło do mnie, ze jestem w innym świecie.

01/03 Chrystus był Indianinem

Wczesnym rankiem nawiedzamy biuro Huallaga Express, skąd mamy wykupione bilety na motorówkę tej właśnie firmy. Obserwując ciemne twarze ludzi z kruczoczarnymi włosami i kolorowa papugę na ramieniu jakiegoś chłopaka, musiałam chwile pomyśleć, czy na pewno jakimś dziwnym trafem nie znalazłam się na planie "Piratów z Karaibów". Po bardziej wnikliwym rozeznaniu okazało się, ze nie. Motorówka nie przypominała wyglądem pirackiego statku, żaden pan nie miał tez opaski na oku. Siedzenia były ustawione jak w autobusie, a sternik wyglądał całkiem cywilizowanie. Czasem tylko podjadał owoce jakiejś strączkowej rośliny, wypluwając niejadalne części na zewnątrz.

Przez 8 godzin na lodzi mogłam się do woli napatrzeć na rzekę i niekończąca się zielona gęstwinę na obu brzegach. Czasem przepłynął jakiś większy statek i narobił fal. Wtedy motorówka podskakiwała pod naporem poruszonej wody tak jak ta ze "Słonecznego Patrolu" z Mitchem na pokładzie. Siedzący na przeciwko mnie misjonarz z broda i kucykiem związanym jakaś marynarska żyłką w kolorze ametystu, opowiadał nam legendy o delfinach. Ostrzegał nas, ze białe delfiny porywają piękne dziewczyny, bo są w nich zaklęte dusze mężczyzn. Biskup siedzący przed nami skwitował to tak, ze w takim razie na pewno nie dopłyniemy z nimi do końca trasy.


Obiad jedliśmy w najbardziej ekstremalnym (szczególnie dla naszych żołądków) miejscu jak do tej pory. Była to gospoda rybacka w jednej z wiosek po drodze do San Lorenzo. Żeby tam dojść, trzeba było przejść po drewnianej kładce grubości deski, położonej miedzy domkiem na wodzie a brzegiem. W gospodzie każdy dostał kawałek wielkiej ryby o głowie wielkości ludzkiej dłoni pływającej w bordowo-brazowej zupie. Do tego ryz, czerwona fasolka i sok z guanabany. Podczas jedzenia przyglądała się nam indiańska dziewczynka bujająca się na bujanym fotelu. Za swoimi plecami miała skorę lamparta wiszącą na ścianie. Ona przyglądała się nam, a ja jej.

***
O 16-stej dobijamy do San Lorenzo. Cel naszej wizyty to salezjańska misja. To tutaj pracuje dwóch misjonarzy - ksiądz Józek Kamza i ksiądz Roman Olesiński, legenda selwy. Ksiądz Roman od 38 lat mieszka w Peru, z czego 11 w dżungli. Indiańskie społeczności to jego druga rodzina. Sa tez dwie wolontariuszki z wolontariatu "Młodzi Światu" - Magda i Sylwia. Prąd jest przez dwie godziny rano i od 19 do 23.30 wieczorem. Pierze się w deszczowce, a podłogę zmywa się ropą, żeby zabezpieczyć ja przed nieproszonymi insektami.
San Lorenzo to - jak mówią dziewczyny - jeszcze nie dżungla. Raczej miasteczko w dżungli. Dla nas, po pół roku spędzonym w pustynnych rejonach Peru, to zupełnie inny świat. Wszechobecne błoto, które jest prawdziwym utrapieniem w porze deszczowej,  chatki z dachami ze strzechy i ludzie o indiańskich twarzach - to wszystko robi na mnie ogromne wrażenie. Nie wspominając już o śpiewniku w kaplicy w języku shawi-castellano, krzyżu wielkopostnym z liści bananowca i obrazie w jadalni z ukrzyżowanym Chrystusem-Indianinem.

Jedyne co się nie zmienia niezależnie od równoleżnika, to reakcja peruwiańskich dzieci na dwie gringi z Polski. Gdy zawitałyśmy do oratorium popołudniowego, poczułyśmy się jak na początku w Bosconii. Czyli jak główna atrakcja dnia. Poznałyśmy najbardziej wygadane dziecko świata - małego Eliasa, który bez cienia skrepowania zadawał nam sto pytań na minute, porównywał twarze, zaglądał w oczy i podziwiał włosy. Ostatecznie i tak stwierdził, ze jesteśmy bliźniaczkami.

Wieczorem Magda i Sylwia opowiadały nam swoje amazońskie przygody. Na przykład o miesiącu spędzonym w wiosce Ullpayacu, gdzie miały przygotować dzieci do sakramentów. Mieszkały tam u indiańskiej rodziny i już od 6 rano dzieci zaglądały im przez szpary w chatce i krzyczały, ze chcą puzzle. Albo o tym, jak się prowadzi oratorium w największą ulewę. To akurat miałyśmy okazje zobaczyć na własne oczy. Chłopcy tak kochają piłkę nożną, ze nie przeszkadza im nawet deszcze równikowy. Po takiej grze zmienia się im kolor skory na trochę jaśniejszy, bo są cali w mleczno-kawowym błocie. Ale czego się nie robi dla piłki nożnej.